![]() |
| Strona główna |
Autobiografia w odłamkach: 3.5. Falusie i staluch
"Obrona Ojczyzny jest sprawą i obowiązkiem wszystkich obywateli Rzeczypospolitej Polskiej."
Ustawa o powszechnym obowiązku obrony do świeżych nie należy. Autorzy dawno pomarli, dzieci się postarzały, a konsekwencje braku zasadniczych zmian poniosły wnuki. Zasadnicza służba z niej wynikająca przeszła wielkie przeobrażenia. Gdy z kałasznikowem biegał mój ojciec, pojęcie "fala" w ogóle nie istniało, choć odróżniano "kotów" od "starych". "Starym" nazywano szwejka, który ma za sobą przynajmniej rok służby, a jego uprzywilejowana pozycja wyrażała się w ściemnianiu, nieróbstwie i ogólnej abnegacji. Nie było mowy o tym, żeby kot usługiwał starym, choćby dlatego, że w tych odmiennych nieco czasach żołnierz, któremu usługiwano, mocno tracił na, hm, męskości. OK, nie wiem, jak to wyglądało w skali całego kraju, ilość moich ojców jest niestety nieporównywalnie mniejsza od ilości jednostek wojskowych. Ponieważ jednak była to typowa liniowa jednostka w zapadłej dziurze, uważam ją za reprezentatywną. Przez te 40 lat, które upłynęły, zmieniło się wiele, często dość drastycznie. Tyle tylko, że wskazać jakieś znaczące zmiany na lepsze byłoby mi bardzo trudno. Skrócenie służby do 9 miesięcy - i na tym chyba koniec. Za to bardzo znacząco zmieniła się mentalność przeciętnego 'szweja'. Przez długi czas z.s.w. była traktowana jako swoista inicjacja, wejście w wiek męski. Zresztą, ludową mądrość "Bez wojska, czyli bez jaj" nadal zdarza mi się słyszeć. Przedziwna to konstrukcja myślowa, ale widocznie w ujęciu folklorystycznym mężczyzna musi przynajmniej przez jakiś czas być pijakiem, chamem itd. Czego bowiem wojsko może nauczyć? Po pierwsze oczywiście palić, o tym już było. Po drugie świetnie uczy łaciny, aczkolwiek kloacznej. Nigdzie chyba nie słyszałem tak fantazyjnych bluzgów, jak właśnie w Centrum. I bardzo skutecznie uczy stereotypowego polskiego podejścia do wykonywanej pracy. Ściema to podstawa, bez niej w armii żyć się nie da, o czym przekonałem się bardzo prędko. Nic nie dzieje się natychmiast, nowy żołnierz na pododdziale w nietypowym czasie to oczywiście poważny problem i kadra zbyt entuzjastycznie do moich przenosin się nie odniosła. Nie, żeby faktycznie pozostało dużo formalności do załatwienia, większość spraw pchnięto do przodu miesiąc wcześniej. Dowódca 11 baterii wyjechał na urlop, a jego zastępca nagle zauważył, że ma na pododdziale dwóch żołnierzy, których na oczy nie widział i którzy nie mają nawet przydzielonej broni i oporządzenia. Narobił wielkiego krzyku, ściągnął mnie i kaprala na miejsce, popisał, powbijał kilka pieczątek, opieprzył, że taki bajzel a my nic. A potem się zdziwił, że gdy bardzo chciał na pododdział dwóch wyróżniających się elewów, dziwnym trafem rozjechali się gdzie indziej. Teraz miał jeszcze większy kłopot, bo i łóżko trzeba wyasygnować, i drelich, i kilka innych rzeczy. Na wstępie, żeby trochę zmniejszyć ilość papierkowej roboty, posłano mnie do Wojskowego Ośrodka Wczasowego w Mielnie. Chwilami potem żałowałem, że nie narobiłem więcej scen i fochów, może by mnie tam zostawili. Służba w ubraniu cywilnym, niezbyt skomplikowana. Zostałem ochroniarzem. Większość dnia spędzałem w wartowni przy bramie, nudząc się, czytając po raz dwudziesty Silmarillion lub Children of Dune (mou ichidou arigatou ^_^), ewentualnie zgłębiając tajniki muzyki techno. Sporo czasu na wartowni spędzał etatowy didrzej ośrodka, łebek około osiemnastki, wytrawny znawca tematu. Swoje rozumienie techno opierał na idei "tripa". Któregoś razu włączył jakiś numer i w jego trakcie snuł historię o niekoniecznie epickiej fabule, ale za to całkiem barwnym obrazowaniu, do tego stopnia, że taką recytację z techniawką w tle uznałem za performance całkiem niebanalny. Warunki były po temu o tyle dobre, że najcenniejsze elementy wyposażenia dyskoteki standardowo stały na wartowni. Już następnego dnia przypomniano mi, że jestem nadgorliwy. Dowódca ośrodka, starszawy i jowialny pan pepełka, zlecił mi nadzwyczaj skomplikowane zadanie zamiecenia w ośrodku opadłych liści. Zabrałem się za to z całym zapałem, łapiąc opaleniznę i kurząc się na potęgę. Gdy jakieś 2/3 roboty miałem już za sobą, dotarł do mnie drugi bramkarz, przekazując opieprz od bossa. Że "te czynności stanowczo na długo mi zajmują". Próbowałem się tłumaczyć. Kolega zrobił wielkie oczy. Diagnoza była natychmiastowa i oczywista: ja się po prostu za bardzo spuszczam. Zamieść liście to zamieść liście, na odwal się, to, że jeszcze sporo ich na chodniku czy drodze zalega, nie ma większego znaczenia. Zdecydowanie wolałem porządkowanie plaży, polegające głównie na wymianie koszy na śmieci i pozbieraniu xyfów. Pasowało to do mojego binarnego odbioru świata: zrobione - nie zrobione. Stanów pośrednich brak. Bardzo mnie to satysfakcjonowało. A wieczorem miałem okazję poczuć się czujnie i groźnie, odbywając obowiązkowy patrol wokół ogrodzenia, omiatając światłem latarki przysiatkowe krzaki. Niestety, ta idylla po zaledwie trzech dniach dobiegła końca. I w ramach powitania na pododdziale wlepiono mi służbę dyżurną na pododdziale. Przeżyłem szok kulturowy, bo zupełnie czego innego na temat obowiązków dyżurnego uczono mnie na szkółce. Wzorcowo, dyżurny to słupek. Odbiera telefony, informuje, kto z kadry na baterii jest a kogo nie ma, w razie potrzeby składa meldunki i ogólnie sterczy przy biurku. Na 11 baterii służba dyżurna była chyba rodzajem kary lub sprawdzianem wytrzymałości, bo na barkach berecika spoczywała odpowiedzialność za nienaganny stan kwatery. Czyli bieżące prace porządkowe. Że na rejony porządkowe jest wyznaczony konkretny czas to jedno, a że trepy z 11-ej lubiły szwejków poganiać, to drugie. Po kolejnej rundzie po korytarzu, z owiniętym kocem stołem, służącym za froterkę, zacząłem dyszeć i się topić - na pododdziale było wtedy jakieś 30 stopni, a już nie było mi wolno chodzić w bluzokoszuli. Widząc to, wchodzący na pododdział dowódca zarechotał - Ruchy, ruchy, Lech, ty dzisiaj musisz na urlop zasłużyć! Na sierpień zaplanowałem swój długi urlop, a na zachowaniu terminu zależało mi wybitnie, bo zarezerwowano już dla mnie miejsce w nadmorskiej karczmie, a na dobitkę czekała na mnie Ola. Kilka dni i tak się spóźniłem, choć konkretnych powodów ku temu nie było, nie licząc może faktu, że zgodnie z ogólną zasadą starać się o urlop zacząłem w ostatniej chwili. Mam wrażenie, że inny żołnierz jedenastki byłby w tej sytuacji potraktowany znacznie mniej pobłażliwie, bo gdy wspominam swoją przygodę z 'prawdziwym wojskiem' przekrojowo, mam wrażenie, że kadra świadomie wydłużała czas mojego 'wtapiania się' w pododdział, jakby łagodząc sytuację. Teoretycznie do ośrodka nie bardzo mieli kogo wysłać, bo na pododdziale siedzieli głównie żołnierze z długim stażem, fachowcy od przydzielonego sprzętu, więc jako nowicjusz byłem dobrą kandydaturą. Ale brak większych trudności z urlopem i dalsze moje losy każą mi znacząco ograniczać sarkazm i krytykanctwo w odniesieniu do bateryjnych trepów. Na urlop wyjechałem z plecakiem wypchanym do granic możliwości, bo nie dość, że trzeba się było pozbyć większości cywilnych gratów, uparłem się zabrać ze sobą mundur. W drodze do autobusu zafundowałem sobie skok adrenaliny - jedyny sensowny skrót, oszczędzający jakieś półtora kilometra marszu i formalności na biurze przepustek, prowadził przez całkiem głęboki strumień. Przez przeszkodę można się było przedostać na dwa sposoby, każdy raczej ćwiczebny. Pierwszym była pozioma drabina do zabaw w komandosów, w czasie ćwiczeń na szkółce kilku delikwentów nawet się pod nią skąpało. Drugim była wąska drewniana kładka zawieszona na czterech linach, chybotliwa a zdradliwa. 30 kg na plecach balansowania bynajmniej nie ułatwia, więc w ramach kamikaze postanowiłem przez kładkę przebiec, co okazało się znakomitym pomysłem, bo deska pod nogami nawet się zanadto nie chwiała. Te kilka dni nad morzem było dla mnie ekstremalną wszechporażką. Czasami starałem się udawać, że wszystko jest w porządku, czasami brakło mi do tego chęci i siły. Świat okazał się mały, spotkaliśmy (Ola, ja, tudzież zaprzyjaźniona parka, aktualnie świeżo po ślubie) dawno nie widzianego, mrocznego znajomka, który przypadkiem bawił w tej samej wiosce na obozie capoeiry. Po kilku dniach ruszyliśmy w dalszą trasę, odwiedzając po drodze mojego starego przyjaciela w Gdańsku. Bawiło u niego całkiem spore stado gości z Sekty, zajmując się piciem, opalaniem, piciem, leczeniem kaca i piciem. Kumpel wyciągnął mnie do sklepu (wiadomo, jakiego); ekspedientka na jego widok spytała - O, panowie naprawić kratę? Było dużo śmiechu, całkiem sporo piwa i sesja zdjęciowa pt. "Ja też chcę zdjęcie z żołnierzem". Mundur się przydał, he, he. No dobrze, nie o turystyce miało być w tym odcinku. Po powrocie przez jakiś czas (jakieś trzy tygodnie) miałem normalną, standardową służbę na pododdziale. Zwykle była to konserwacja działek przeciwlotniczych 23mm i wszystkiego, co się z nimi wiąże, ale zdarzyło mi się też Wleźć Pod Czołg [tm], czyli wziąć udział w naprawie działka jeżdżącego samodzielnie, oraz jeden jedyny raz zobaczyć i dotknąć 'swojego sprzętu', czyli magicznej elektrowni polowej typu Sobie A Muzom. Same prace uciążliwe nie były, podobnie rejony porządkowe czy 'prawdziwa' zaprawa poranna, mimo, że męczące wybitnie. O ile kadra szkółki wychodziła zapewne z założenia, że zaprawa ma za zadanie wyrobić w żołnierzu wojskową kondycję, tak kadra jedenastki ewidentnie uznała poranne podskoki za znakomity sposób na budowanie właściwych, zdrowych relacji między trepstwem a szwejstwem ("najchętniej wszystkich skurwysynów bym zapierdolił"). Uciążliwy był zupełnie inny fakt. Przyszedłem na pododdział bez wymaganych ceremonii falowych (obcinka, przycinka i inne dzikie węże) a moi dziadkowie wyszli już do rezerwy. Inna rzecz, że na falowanie najmniejszej ochoty nie miałem. Zostałem staluchem, czyli żołnierzykiem idącym do rezerwy regulaminowo ("stalowo"). Nie obchodziłoby mnie to w najmniejszym stopniu, gdyby nie fakt, że staluch, zwany niekiedy stefanem, na pododdziale jest pariasem. W każdej kwestii nie ujętej konkretnie regulaminem, nawet przy rozdziale przepustek, odczuwa się to raczej boleśnie. Napięcie dodatkowo wzrosło, gdy zostałem dyżurnym strzelnicy i na pododdziale przestano mnie widywać. Nowe obowiązki przyjąłem nieomal entuzjastycznie, codziennie w okolicy banda nowych ludzi, nie myślących jeszcze nawet w kategoriach miśków, kotów, wicków, dziadków i innej cholery (bo w fa(ch/l)owym słowniku dystans dzielący ich od rezerwy określano zwyczajowo "orbitą wokółgalaktyczną"), a nwet zdarzyło się, że gdy w mojej dyżurce zawitało kilku kaprali, jeden z nich wychwycił wzrokiem leżący na uboczu Silmarillion i w efekcie wywiązała się dysertacja o subtelnościach tolkienowskiej mitologii. Nadzorujący moją pracę chorąży był człowiekiem spokojnym i życzliwym, zapewnienie w kanciapie ogrzewania, po odbiciu się twarzą od muru biurokracji, załatwił prywatnie. Śniadania znowu jadłem na głównej stołówce Centrum i bardzo mnie to urządzało. Ostatnią służbę dyżurną przed przeniesieniem na strzelnicę miałem bardzo urozmaiconą. Nadchodziła już zdecydowanie jesień, zaczęły się słoty. Któregoś wieczora lunęło jak z cebra i przez dobrych kilka godzin ani myślało przestać. Budynek, w którym stacjonowały baterie 11 i 12, budowany był w latach 70’ych przez żołnierzy, więc w pewnym momencie w piwnicy ze ściany zaczęła tryskać woda, w niezbyt długim czasie zalewając najniższą kondygnację na wysokość od kostki do pół łydki. Ponieważ na pododdziale miśków akurat nie było, kadra zdecydowała, że w nocnej akcji ratowniczej udział wezmą tylko dyżurni. Było nas dwóch i przez całą noc zbieraliśmy wodę łopatami i wynosiliśmy ją na zewnątrz we wiadrach. Skutek był oczywiście mizerny, tym bardziej, że dalej lało, a co za tym idzie, dalej chlustało wewnątrz. Walka z żywiołem nabrała tempa rano, gdy przybył na pododdział w miarę obrotny szef, zaprzągł do pracy wszystkich żołnierzy, rozdzielił łopaty odśnieżne i inny wyspecjalizowany sprzęt, wreszcie otworzył wejście na stołówkę i ‘kuchnię’, gdzie były odpływy wody. Sytuacja została opanowana, ale za heroiczną postawę w nocy żadnego orderu nie dostaliśmy. Jeden dzień ze swojej służby na strzelnicy pamiętam bardzo ciekawy, ale tak po prawdzie, to pamięta go cały świat. Siedziałem w kanciapie, czytając po raz setny "Children Of Dune", gdy w radio usłyszałem, że płonie wieża WTC, w którą uderzył samolot. Ogólnie nastrój paniki, zdziwienia, nie wiadomo, co się dzieje. Głupia refleksja typu "czyżby pilot nie dmuchał w balonik". I niedługo potem kolejny spot informacyjny, po którym do śmiechu nie było już chyba nikomu. Informacje były tak surrealistyczne, że wypadały mi z głowy na bieżąco. W efekcie, każda nowa relacja byłą dla mnie niespodzianką. Gdy usłyszałem, że kolejny porwany samolot uszkodził Pentagon, dostałem ciężkiej fazy, bo przypomniałem sobie scenariusze z radzieckiej kampanii Red Alerta, gdy na wstępie należy zburzyć właśnie Pentagon, a wkrótce można też zrównać z gruntem WTC. "Nic nie jest prawdą, wszystko jest dozwolone". Wieczorem miałem przypomnienie, gdy całym prawie pododdziałem oglądaliśmy Wiadomości, w tym kadry, które zmieniły świat. Schiza kompletna, ale w końcu zasymilowałem te sensacje, jakoś się w głowie ułożyły. Reszcie pododdziału też. I wtedy zobaczyłem coś, co mnie naprawdę zdziwiło. W tej bandzie ściemniaczy, pijaczków, mendoweszek i innego tałatajstwa nagle obudził się bojowy duch. Łaziło to wszystko niespokojnie po korytarzu, niecierpliwość wisiała w powietrzu, polscy śpiący rycerze ewidentnie czekali na Znak[tm]. Snuto pierwsze scenariusze, wszyscy byli szczerze przekonani, że Polska jako nieoficjalny europejski stan USA zareaguje natychmiastową interwencją. Najlepiej jeszcze dzisiaj. Kilkudziesięciu chłopców z zerowym wyszkoleniem bojowym chciało wsiadać na Hibneryty i ruszać do Afganistanu robić porządek. Że daleko? Nie szkodzi! Aha... Hibneryt to terenowy samochód Star z zamontowanym na pace podwójnie sprzężonym działkiem przeciwlotniczym 23mm. Wynalazki tego typu najpopularniejsze w konfliktach afrykańskich, przy czym strzela się z tego działka nie do samolotów, tylko piechoty. A po dziś dzień mam wrażenie, że gdyby dany był Znak[tm], pojechalibyśmy do Afganistanu i faktycznie zrobili tam porządek @_@; 'Koledzy', ewidentnie rozżaleni, że zamiatam i porządkuję nie tam gdzie oni, a tanie wina i "Nalewki Dziadunia" najczęściej pijam z gośćmi z kompanii zaopatrzenia (bo na tym właśnie pododdziale spoczywała odpowiedzialność za koszenie na strzelnicy trawników) z lubością zostawiali mi do uporządkowania "zaległe" rejony, radośnie egzekwowali swe prawa pierwszeństwa na stołówce, wreszcie co niektórym ubrdało się wpasowanie mnie w falę siłowo. Po pierwszym zajściu, gdy próba postawienia mnie wraz z "wozem" (pryczą) w pionie omal nie skończyła się rękoczynami, wybrałem się do pani porucznik, etatowego psychologa jednostki. Rozmowa dość znacząco się przedłużyła, pani porucznik wyciągnęła ze mnie kawał życiorysu. Nie żebym tak to zaplanował, ale nie chciałem się kłócić, pani psycholog była nie dość, że profesjonalnie miła, to jeszcze całkiem ładna. Po długiej dyskusji o fali, stali i Genezie Egzystencjalizmu [tm] doszła do rewelacyjnego wniosku, który niemalże zwalił mnie z krzesełka. "Panu to przede wszytskim trzeba teraz jakiegoś sukcesu". Sukces polegał ostatecznie na tym, że na wniosek pani porucznik oddelegowano mnie na recepcję internatu. Prawie że wróciłem na stare śmieci. Dla nieprzyzwyczajonych - sugerowana przerwa na kawę ;-P Moje obowiązki polegały przede wszystkim na zgrubnym zamiataniu i odśmiecaniu bezpośredniego otoczenia budynku oraz siedzeniu kołkiem na dupie od pobudki do capstrzyku. Nudą wiało tak przeraźliwie, że zdarzało mi się zgubić gdzieś pół godziny - drzemałem na siedząco, z wyprostowanymi plecami. W ramach rozrywki od czasu do czasu zwalano na nas (bo dyżurnych internatu przepisowo jest dwóch, inaczej nie byłoby kiedy posiłku zjeść ani chodnika zamieść) niemiłe obowiązki elewów i słuchaczy szkoły podoficerskiej czy SPR. I nie chodziło bynajmniej o czyszczenie klozetów, ale zajęcia w rodzaju noszenia skrzyń z amunicją i innym żelastwem (jakieś 80kg wagi, szczęśliwie miało toto dwa uchwyty, genialnie wrzynające się w ręce) albo wsparcie ewidencji magazynu broni. Zauważyłem w pewnym momencie, że bez problemu mógłbym ukraść pistolet, a przy odpowiedniej organizacji sprawy cała odpowiedzialność spadłaby na "wykorzystującego" mnie chorążego. Co tydzień biegaliśmy też intensywnie z worami pełnymi szmat, jako że wymiana bielizny i pościeli również była działką dyżurnych. A raz zorganizowano nam nawet "jazdę". Jazda polega na zafundowaniu żołnierzom pewnej koniecznej dla zdrowia dawki stresu, angstu itp., w tym konkretnym przypadku odwiedził nas oficer dyżurny i odpytał z sygnałów alarmowych i postępowania na wypadek stanów podwyższonej gotowości bojowej. Obaj zrobiliśmy wielkie oczy, chwilę się pojąkaliśmy, wreszcie posypały się gromy i zjeby. Szef internatu wysłuchał na nasz temat niezbyt regulaminowego meldunku i w ciągu następnej godziny uzupełniliśmy braki w wykształceniu, zakuwając na pamięć i ocierając pot z czoła. Najambitniejszym towarzystwem była dla mnie w tym czasie pani sprzątaczka, znowuż całkiem ładna i młoda, studiująca zarządzanie żona plutonowego ze szkoły podoficerskiej. Pan plutonowy, nawiasem mówiąc, był typowym burakiem-drechem, cywilnie ubierał się w błyszczące dresy i skórzaną kurteczkę tudzież regularnie chodził na solarium albo nawet stosował samoopalacz. Szczyt możliwości intelektualnych osiągał grając w Małysza, bo na bardzo popularnych wśród kadry internatu Settlersów blaskomiotności mu nie stało. Pani sprzątaczka była więc miłym zaskoczeniem dla mnie, a ja i kolega byliśmy zaskoczeniem dla pani sprzątaczki, bo przywykła do tego, że żołnierzyki są chamskie i śmierdzą. Ponieważ w internacie nikt o wiszące na kaloryferze skarpetki się nie czepiał, charakterystycznego na 11 baterii smrodu stęchłej wełny nie wydzielałem, siejąc za to wokół zapach całkiem przyzwoitej wody po goleniu. Okazało się, że nasi poprzednicy na recepcji większej wagi do higieny nie przywiązywali. Pfuj. Jakoś w połowie października nastąpiła kolejna zmiana w moim trybie służby. Jednostka przygotowywała się do restrukturyzacji, czyli cięć. Budżet cięty był niemiłosiernie, po oszczędnościach na ogrzewaniu i wyżywieniu wojska przyszedł czas na oszczędności poważniejsze, czyli redukcję zatrudnienia. Plan przygotowania tej jakże przykrej przemiany przygotować mieli szefowie wydziałów i komendanci szkół. Wśród nich komenderujący szkołą podchorążych Straszny Major, który pamiętał mnie ze sztabu, tym bardziej, że w trakcie swej meteorycznej kariery mieszkałem na jego pododdziale. Plan przygotował mu szef, wyluzowany chorąży, miłośnik Settlersów i Simsów, ale potrzebował też kogoś do wklepania dzieła w konfuter i ładnego sformatowania. I znów, zamiast regulaminowo siedzieć i hodować odleżyny na drewnianym, topornym krześle dyżurnego, rozwalałem się w wygodnym foteliku i katowałem klawiaturę. Kolegę zastępowałem w czasie posiłków, a żeby nie pyskował, pozostali szefowie szkółek internatowych przestali go ciągać ze sprzętem. Na przepustki w tym czasie wyjeżdżałem co dwa tygodnie, bo ktoś na recepcji siedzieć musiał jak najbardziej i w weekend; na przepustki stałe, zwykle do Mielna, wypuszczałem się z kumplem z jedenastki, jednym z nielicznych, których moja stalowość ani ziębiła, ani grzała. Kaprala z Głuchołazów, z którym niegdyś wyskakiwaliśmy na miasto, niekiedy razem z bandą kadetów na wódkę pitą z plastykowych kubków na koszalińskim skwerze, przeniosło na samo wybrzeże, do jednostki marynarki wojennej, gdzie objął posadę mata nadterminowego, kancelisty. Opowiadał mi potem, że choć Centrum zwykle uważa się za stalownię (jak każdą szkołę, gdzie nadzór kadry nad wojskiem jest sprawą reputacji), to jednak, w porównaniu z jego nowym przydziałem, w CSOPL panuje luz i sobiepaństwo. Dowódca jednostki miał przerost ambicji, rok w rok zgarniał przechodni puchar dla najlepszej lądowej jednostki marynarki, więc jego teren wyglądał jak ogródek starej panny. Korony drzewek i krzewy miały precyzyjnie geometryczne kształty, trawniczki przycięte z milimetrową dokładnością były czystsze niż mój mundur, a nieodzowny w sailorowej jednostce dzwon okrętowy raził oczy mosiężnym błyskiem. Pierwszego już dnia kapral przeżył swój pierwszy szok kulturowy, gdy podszedł do niego chłopak z belką na pagonie. - Panie macie, starszy marynarz Nowak melduje się z zapytaniem. Kapral zrobił wielkie oczy i przytrzymał żuchwę. Nikt nigdy mu się jeszcze nie meldował, nie mówiąc już o szwejku pierwszy raz w życiu na oczy widzianym. - O co ci chodzi, człowieku? Człowiek wskazał ręką stojącą w pobliżu gromadkę. - Marynarze chcieli się spytać, czy mogą wejść na palarnię. W jednostce obowiązywało ścisłe przestrzeganie regulaminu, według którego po pierwsze, żołnierz nie miał prawa wejść na palarnię, jeśli był tam ktoś starszy stopniem, a po drugie nie odzywał się nie pytany do nikogo, chyba, że w militarnej hierarchii pytany przewyższał go o co najwyżej jeden stopień. W związku z czym marynarze mieli psi obowiązek stać na uboczu, aż pan mat sobie pójdzie, albo znaleźć starszego marynarza, żeby mógł się do niego odezwać. Palarnia mieściła się na wprost budynku sztabu i nawet najlepsze chęci mata nie mogły nic w procedurze uprościć. A czas mijał radośnie, i nagle okazało się, że znowu zima nastała. Poranki zrobiły się mroźne, podobnie jak wieczory, dobiegły końca cykle szkoleniowe podchorążych i kadetów. Podchorążowie, w ramach efektownego pożegnania, pewnego wieczora założyli na piżamki pasy, wciągnęli berety i buciory, po czym ruszyli w rundę honorową wokół placu musztry krokiem defiladowym. Kadeci żegnali szkołę z mniejszą klasą, koncentrując się na pozbywaniu się niepotrzebnego wyposażenia, wyrzucając z okien II piętra śmieci, szafki, radia i telewizor. Ku ogromnej radości odpowiadających za porządek recepcjonistów. Elewi szkoły podoficerskiej postanowili nie przesadzać z oryginalnością, więc po prostu spili się jeszcze bardziej niż zwykle, po czym zaczęli się awanturować tak energicznie, że do ich uspokojenia sprowadzono pododdział dyżurny, czyli pięciu żołnierzy w pełnym oporządzeniu bojowym. Pomogło. W końcu i mnie przyszło zakończyć służbę. Zdałem umundurowanie i oporządzenie, skreślono mnie ze stanu pododdziału i wyposażono w bilet w do domu. Ostatnim etapem było uroczyste pożegnanie rezerwy w szkolnym Hall Of Fame. Z działu kadr, któremu w ciągu służby niewątpliwie przysłużyłem się najbardziej, na pożegnanie przyszło dwóch chorążych, w tym strusiowaty chorąży Wąsik, ale oficjalne podziękowanie za owocną współpracę złożył mi... Straszny Major, komendant SPR. Bo jakoś nie wyśliznęła się mu z pamięci moja pomoc przy sporządzaniu planu restrukturyzacji, tak jak umknęło chorążym kilka miesięcy stałej współpracy. Nieoficjalne podziękowania zbierałem wcześniej, przy wódce. Najpierw od chorążego ze szkółki, któremu przygotowałem Mrocznych Pinokiów - pamiętam, jak wracałem z jego położonego o rzut beretem od jednostki domu, wiele wysiłku wkładając w trzymanie pionu i prostoliniowej trasy, zaś na biurze przepustek swój kontakt z obsługą ograniczyłem do wyjęcia papierka i oparcia się nim o szybę. Obsługa szczęśliwie uznała, że dopuszczalnego progu promili nie przekroczyłem - inaczej czekałoby mnie dostarczenie na pododdział i dwugodzinny zimny prysznic. Była to zwyczajowa metoda postępowania z żołnierzykami, którzy wracali do jednostki naprani, zastępująca regulaminowy obowiązek wszczęcia postępowania dyscyplinarnego. Później od capitano i jego żony, również w bardzo miłej atmosferze. Reszta, w tym chorąży Wąsik, któremu zdjąłem z głowy wklepywanie i drukowanie wszelkich pism służbowych, jakoś zapomniała. I tym sposobem z powszechnego obowiązku obrony wstępnie się rozliczyłem. Został mi szary beret i bluzokoszula, którą noszę niekiedy po dziś dzień, z lekkim dreszczykiem niepewności czy aby nie szarpnie mnie policja za bezprawne używanie sortów mundurowych. W zamian oddałem całkiem sporo. Po pierwsze rok życia. Po drugie, ten rok wycięty z życiorysu pociągnął za sobą 2 lata zapaści w sferze zawodowej. Albo bezrobocie, albo najdziwniejsze zajęcia, a jeśli już praca przy komputerze, to koniecznie jako wirtualny złodziej. Bo akurat w czasie, gdy ja dziarsko tupałem, padły z wielkim hukiem wortale w rodzaju Ahoj i inne podobne firmy, na polski rynek informatyczny przyszły ciężkie czasy, rynek pracy nasycił się stadami informatyków. Moja inicjatywa, zdolność samoorganizacji i sprawy pokrewne uległy ostatecznej likwidacji, bo przecież przez rok martwił się tym ktoś inny. Według ocen rodziny, zyskałem na charakterze, bo zredukowało mi współczynnik arogancji. Razem z resztką zapału i chęci do zrobienia czegokolwiek ze swoim życiem. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie w koszarach jakoś szczególnie maltretowano, ale sam fakt bezwzględnego podporządkowania rozkazom i konsekwencje wojskowej hierarchii były dla mnie bardzo, ale to bardzo ciężką próbą. Kto mnie zna osobiście, ten rozumie. Próby powrotu do zawodu zakończyłem w kwietniu, na tyle wystarczyło mi motywacji związanej z Olą. Ponowiłem je po wakacjach, ale wiele się w tym czasie zmieniło i nie sposób nie docenić wpływu jej następczyni. Niekoniecznie aktywnych i świadomych działań w kierunku przywrócenia mnie do stanu użyteczności, ale to już osobna sprawa. Ucierpiała też na tym Haruś, która choć się zapewne nie mniej niż mamuś zestresowała moją męską decyzją, aż tak wyraziście wyrazu temu nie dała. A potem powodów do stresu tylko przybywało. A do towarzystwa pojawiły się powody i do innych emocji. Po wyrzutach o przeciek informacji niejawnych przestałem odpisywać na listy. A w listach od Haruś było coraz więcej niepokoju, aż wreszcie padło pytanie, czy ja w ogóle tę znajomość chcę kontynuować, choć kontaktu utrzymywać nie raczę. A ja wtedy już byłem w trybie prawdziwego żołnierza zaiste, robiąc tylko to, co mi wprost nakazano, zaś sama myśl o słaniu listów pod okiem Wielkiego Brata wprawiała mnie w stan głębokiej niechęci do wszystkiego. Czemu przy okazji przepustek i innych podróży służbowych sytuacji nie wyjaśniłem, to już temat do ostatniego odcinka autobiografii. Ale efekty były fatalne, gdy w końcu zerwany kontakt nawiązaliśmy na nowo (znaczy się nawiązała go Haruś), byłem zdziwiony, że w ogóle jeszcze chce się jej ze mną gadać. "Za mojej kadencji" zasadnicza służba wojskowa nazywana była przez służących "syfem". Jestem w syfie, wracam do syfu, syf to, syf tamto. Gdy pewnego dnia na strzelnicy nawiedzili mnie chłopcy z kompanii zaopatrzenia z kosiarkami i Nalewką Cytrynową Samurai Pro, jeden z nich westchnął refleksyjnie. - Jak tu przyszedłem, to nie rozumiałem, czemu wszyscy mówią na to "syf". Ja myślałem, że tu jakoś brudno jest. Ale tu po prostu nic, kurwa, nie może być normalnie. Ano, kurwa, nie może.
|