Strona główna Autobiografia w odłamkach:
3.4. Ordnung must sein

Z góry uprzedzam, że nie mam pomysłu na sensowną sugerowaną przerwę na kawę ;-P




Zdawałoby się, że z racji rosnącego znaczenia wojny informacyjnej nowoczesne wojsko powinno szkolić sporo ostrych chakierów i speców od danych. Słyszałem legendy o szkółce wojsk łączności w Jeleniej Górze, gdzie jakoby takie kadry miały być przygotowywane. Ale to chyba legendy były, bo na dobrą sprawę oblatany w temacie i w miarę bystry informatyk w CSOPL Koszalin był jeden. I całą pychą i megalomanią niniejszym stwierdzam, że to byłem ja :-P Podejrzewam, że żałosny stan informatyzacji szkoły częściowo wynikał z przepisów związanych z ochroną informacji niejawnych, bo dla pełnej zgodności z regulaminem wklepywany w FoxPro Rozkaz Dzienny Komendanta powinienem był sporządzać nie w budynku sztabu, a w 'Centrum Informatyki'. Bo pomieszczenie, w którym dokonuje się komputerowego przetwarzania danych niejawnych, musi być ekranowane. Czyli mieć na ścianach siatkę Faradaya. Wojskowi informatycy straszyli mnie opowieściami o tym, jak to można przechwytywać sygnały elektromagnetyczne z kabla drukarki i na ich podstawie rekonstruować tajne wydruki. Super. Na pomysł ekranowana obudów sprzętu i kabli nikt, o dziwo, nie wpadł. Oczywiście, na terenie centrum nie istniała żadna sieć komputerowa, na wypadek gdyby przyszło komuś do głowy integrować administrację. Spisy żołnierzy pododdziałów mieli osobno dowódcy tychże, osobno komendanci poszczególnych szkół i osobno wydział kadr. Zapewne w kilku innych miejscach takie spisy też się znajdowały. Jako że przynajmniej raz w tygodniu sporządzanie Rozkazu Dziennego oznaczało klepanie spisu żołnierzy wyruszających na przepustki, szlag mnie trafiał i brała cholera.
Bo że FoxPro to baza danych, to jedno. Że dostęp miałem tylko do napisanej w nim aplikacji, to drugie. Że autorowi do pustej bani nie przyszło, że spora część sporządzanego w aplikacji dokumentu ma strukturę błagającą na kolanach i ze łzami w oczach o automatyzację - to trzecie. A że FoxPro jako system stało się przeżytkiem jeszcze w latach 90-tych, to już zupełnie insza inszość. Jakby nie patrzył, pracowałem na prawdziwym szatanie: 486DX.
Ponieważ świat to dla mnie za mało, długo, głośno i iskrząco zgrzytałem zębami. Bo codziennie odkrywałem kolejne miejsca, gdzie dałoby się wcisnąć kawałek mojego rzemiosła, często ułatwiając życie i oszczędzając małpiej roboty... no właśnie. Podobnym do mnie wyrobnikom, żołnierzom służby zasadniczej na mniej lub bardziej oficjalnych etatach kancelistów, odwalających za trepów całą brudną robotę. To nie pan porucznik czy kapitan, dowódca pododdziału, wypisuje co piątek kilkadziesiąt przepustek i te same dane żołnierzy powtarza w książce rozkazów dziennych pododdziału plus w Magicznej Karteczce dla kadr. Całą tą redundancję robi kancelista, w związku z czym pan dowódca usprawnienia ma z reguły tak głęboko w rzyci, że odczuwa niekiedy pewien dyskomfort w przełyku. Wszystkie więc moje rojenia o ewidencji wojska i 150 innych rzeczach w postaci ładnej, sprytnej bazy danych były z góry skazane na porażkę, zanim jeszcze zdążyłem je sformułować. 'Mój' kapitan słuchał moich pomysłów uważnie, niekiedy z uznaniem, ale zawsze na koniec padało sakramentalne "Ale wiesz co, młody? Nikt na to nie pójdzie.". Trepy boją się komputerów. Znakomity przykład miałem w czasie jednego z wcieleń, gdy próbowałem postulować przenoszenie wykazów rekrutów na dyskietkach. Dowódca jednej z baterii SPSZ wpadł w krótki acz niezbyt sympatyczny rechot i zadał mi retoryczne pytanie - To co, może jeszcze mam się komputera uczyć?!. Gula tak mi skoczyła, że odpowiedziałem. "Zdałoby się". Po chwili znalazłem się na zapleczu i trzaskałem edukacyjne pompki w ramach lekcji "jak nie należy rozmawiać z oficerami". Chichotałem przy tym i ja i egzekutor, bo mnie rozbroiła mina pana dowódcy, a capitano miał słabość do żołnierzy z rogami pod beretem w ogóle i chyba do mnie w szczególe. Nie chyba, polubiliśmy się z czasem i zżyliśmy, tak że w końcu zostałem dopuszczony do spraw mrocznych a fujnych. Co ciekawe, widząc, że na zachowaniu tajemnicy zależy konkretnemu człowiekowi, a przy tym "swojemu", trzymałem pysk na kłódkę o wiele skuteczniej niż w przypadku informacji oficjalnie niejawnych, a na których tajności mogło zależeć co najwyżej abstrakcyjnej instytucji.
Były jednak chlubne wyjątki od kałmuckiej reguły. W Szkole Chorążych szefem pododdziału był młody jeszcze i w miarę zainteresowany życiem chorąży. Przynoszone przez niego spisy weekendowych szczęśliwców podejrzanie kojarzyły mi się z wydrukami Worda i nie zawiodłem się. Wkrótce dokumentowanie przepustek kadetów zaczęło zabierać kilka minut. Jeden czy dwóch dowódców dało się też namówić na wprowadzenie napisanego przeze mnie w międzyczasie mrocznego programu w Pascalu i przynoszenie zapotrzebowań na przepustki jednocześnie na papierze i nośniku magnetycznym. Był to wielki sukces i chyba powinienem był z tego tytułu urządzić swego czasu jakąś popijawę. Bo w armii nie ma chyba innego sposobu na świętowanie czy rozrywkę, jak chlanie do nieprzytomności i ewentualnie dziwki. W tych drugich najbardziej gustowali oficerowie starsi, od pepełki wzwyż.
Główne zadanie szweja 'piszącego' rozkaz dzienny to przepisywanie w konfuter projektów do rozkazu, pisanych ręcznie (zwykle jak kura pazurem) przez różnych trepów. O stylu wolałbym się nie rozpisywać, starczy, że często-gęsto poprawiałem przy przepisywaniu co ciekawsze 'kwiatki', a świadomość, że ludzie o takim poziomie komunikatywności są decydentami, przyprawiała mnie o chęć wycia.
Tu zarządzić ćwiczenia, tam obsługiwanie roczne, ówdzie inne pierdoły. Samo rozczytanie tych bazgroł było o tyle niehardcorowe, że najpierw musiał je przeczytać komendant i potem jeszcze podpisać. W ogóle chwilami odnosiłem wrażenie, że podstawowym i głównym zajęciem komendanta (poza piciem i, ehem, innymi atrakcjami) jest stawianie podpisów. Nie zauważyłem nigdy w książce propozycji tekstu podpisanego przez BigBossa jako autora. Ale to chyba ogólna polityka, im więcej roboty daje się zepchnąć niżej, tym lepiej i tym wyższe się ma notowania jako rzutki, efektywny oficer. Nieważne, czy niżej zostanie wykonana lepiej, albo że szeregowczyk wklepujący rozkaz dzienny według prawa nigdy nie powinien go na własne oczy zobaczyć. Ważne, żeby się móc poopieprzać.
Armia to najbardziej kompleksowy relikt starego systemu. Czy się stoi czy się leży, pińć tysięcy się należy. Nie staraj się tak, bo nie będą do ciebie mówić inaczej niż dziobak. Nie spuszczaj się tak, nie warto. Co ty, ściemniać nie umiesz?
Niestety nie umiem. Gdzieś w mrocznych głębinach mej czarnej duszy mam zakodowany paradygmat dobrej roboty. Jak już się za coś z własnej woli i chęci bierzesz, to rób to najlepiej, jak potrafisz. Jakość, przede wszystkim jakość, może z jakimś względem na efektywność. Wojskowa filozofia 'pracy' przerosła mnie całkowicie. Robić tak, aby było wrażenie, że coś się ciągle robi, i ewentualnie jakiś minimalny efekt do pokazania. Najlepiej niezbyt dobry, bo jeszcze wzrosną wymagania.
Warto wspomnieć, że komputery w wydziale były trzy, przy czym oprogramowanie faktycznie wojskowe działało tylko na jednym. Pozostałe służyły jako maszyny do pisania i zabawki. Ukochaną grą sztabowców w roku 2001 były skoki narciarskie z Adamem Małyszem, wersja jeszcze 320x200, bez trójwymiarowych wytrysków. Grali w to wszyscy i to bardzo namiętnie. W sumie nic dziwnego, że mieli na to czas, przecież od roboty byli wyrobnicy.
Capitano był i tutaj chlubnym wyjątkiem, bo przyniósł Diablo2 i cięliśmy obydwaj, aż szum szedł. Popołudniami lub wieczorami, po pracy. Standardem była rozgrywka z pilotem (capitano) i nawigatorem (moi) lub "no to pokaż, młody, co potrafisz". Spalało się przy tym niebotyczne ilości zielonych Sobieskich przy otwartym okienku, a o stopniu, w jakim capitano zlewał wojskowe konwenanse, niech zaświadczy jeden tylko tekst.
- Kurwa, młody, nie po oczach tym dymem.
Ogólnie szwejk na funkcji jest zawsze w jakimś stopniu wyłączony z normalnego wojskowego stylu życia. Szwejk od komputerów w stopniu wybitnym, z powodów, o których pisałem już wcześniej. Pierwszym słowem oficera wchodzącego do 'mojej' kanciapy było zwykle "spocznij", a potem "nie wstawaj tak ciągle jak wchodzę, bo przecież mam interes". To chyba przez to, że po raz pierwszy od dawna mieli pod ręką kogoś, kto archiwalne dane na konkretny temat potrafił dostarczyć w kilka minut a nie godzinę. Szczytem był chyba występ pułkownika z nie-pamiętam-już-którego wydziału, który po sakramentalnym "nie wstawaj" (form trzymałem się twardo, łaska pańska na pstrym koniu jeździ) wygonił wchodzącego do środka chorążego.
- Może w czymś pomóc?
- Spadaj, Krzysiu, nie ty mi jesteś teraz potrzebny. To on wie, o co tu chodzi.
Na wszelki wypadek przyjąłem pozę i wyraz twarzy śmiertelnej powagi, nic nie widziałem, nic nie słyszałem. Chorąży przy jakichkolwiek zawirowaniach miał zwyczaj chować główkę w piasek i wolałem, żeby przy tym został.
W ramach wytchnienia od FoxPro i Worda capitano postanowił mnie wykorzystać przy karierze żony. Pani kapitanowa była trzy, może cztery lata starsza ode mnie i wybrała najcięższy zawód świata. Była nauczycielką. Kariera w edukacji, zwłaszcza na takim wygwizdowie, jak Koszalin, nie jest rzeczą małą ani łatwą. P.K. była ambitna i postanowiła zorganizować w szkole dzień europejski. Capitano, usłyszawszy pomysł, przypomniał sobie, że ma w wydziale niewyżytego artystycznie 'komputerowca' i tak powstał projekt multimedialnej prezentacji pt. Kraje Unii w telegraficznym skrócie.
Nie wiem dlaczego, ale nigdy potem nie miałem takich koncepcji graficznych jak wtedy i nigdy też nie udało mi się zrobić czegoś porównywalnego. Prezentacja miała kilkadziesiąt slajdów, dopieszczonych i dopracowanych, a z plansz tytułowych dla poszczególnych krajów dumny jestem po dziś dzień. Zdecydowanie najlepiej wyszła Hiszpania z opalizującym szkiełkiem, przez które widać było matadora z bykiem. Szkiełko miało kształt Hiszpanii, a dziura na nie była wycięta (z fazkami ofkors) w odpowiedniej fladze. Iha. >_<;
Ostatecznie prezentacja zajmowała coś około 120 MB, jako że Office oszczędnością miejsca nigdy nie grzeszył. Ostatnie slajdy robiłem po zmierzchu w letni piątek, na trzecim biegu, bo kapitanowi zależało na czasie, coby żona miała choć kilka dni na zapoznanie się ze swoim gwoździem programu. W miarę rozwijania się koncepcji capitano coraz częściej wyrażał uznanie, aż wreszcie stwierdził, że znacząco przekroczyłem oczekiwania, więc pośrednio P.K. też. Nadymałem się jak balonik, w końcu jak dobra robota, to dobra robota. Nie mam pojęcia, czemu szefem wydziału był pepełka przybity jak Jezus do krzyża, który ciągle czytał jakieś mądre książki o kierowaniu ludźmi i nie wyciągał z nich żadnych wniosków, a nie ktoś pokroju mojego protektora. Zawsze wiedział, kogo kiedy jak docenić i jak utrzymać wysokie morale przy wysokiej efektywności. I umiał, co najważniejsze, ryzykować i poświęcać czas i środki dla podwładnych, co w polskiej armii jest ewenementem. A w cywilu to nawet mój przełożony z firmy promującej nadgorliwość i dziobactwo znalazł w końcu sposób, jak zyskać na poważaniu - zaczął psioczyć na projekt i beznadziejne narzędzia. Oj, zdygresiłem. Było o dumie z barokowej grafiki w prezentacji. Na ziemię ściągnął mnie przybyły w międzyczasie plutonowy z Dowództwa Wojsk Lotniczych, mój poprzednik na stanowisku konfuterowca i szarej eminencji sztabu. "A po co to wszystko w Photoshopie robiłeś? Przecież PowerPoint też ma efekty trójwymiarowe i cieniowanie i kupę flag w clipartach. Robisz tak, tak i tak i po sprawie". I pokazał. Popatrzyłem na niego. Długo patrzyłem i od czasu do czasu wymownie mrugałem oczami. Sam z siebie nie pojął, więc objaśniłem wprost - To nie jest dla wojska. To ma wyglądać. Pokazówka, gwóźdź programu, reklama pani kapitanowej. - Okazało się, że odpowiednio długi czas spędzony w służbie krzywi spojrzenie na wszystko, plutonowy wraz był przekonany, że niepotrzebnie się spuszczałem. Może nie potrafił pojąć, że każdą komputerową robótkę zwykle robię po trosze dla siebie, dla własnej satysfakcji. I że nie puszczę między ludzi gówna nawet, jeśli zabraknie na nim mojego podpisu. O wiele lepiej uzasadnił swoje zastrzeżenia kapitan. Prezentacja miała być pokazywana dzieciakom w szkole podstawowej, więc zmianom uległa tonacja, mniej suchej faktografii, więcej humoru i kolorytu.
Tegoż samego wieczora, gdy kończyłem swe wielkopomne dzieło, wybierałem się do lubej, a czasu do odjazdu zostało niewiele. Capitano, niewiele myśląc, podwiózł mnie swoim diabelskim polonezem, paląc po drodze gumę i trąbiąc na przebiegające przez zebrę nastolatki z okrzykiem "Cześć, dupy!".
W ogóle na tle koszalińkich trepów człowiek strasznie się wyróżniał. Nie był synem trepa, a to nieczęste. Zawodowi mundurowi to rodzaj klanu, czy może raczej sekty. Znajomych mają prawie wyłącznie w branży, żenią się z córkami kolegów z branży, synów zwykle posyłają do szkół wojskowych a córki wydają, uwaga niespodzianka, za młodszych kolegów z branży. I nic w tym dziwnego ani nawet elitarnego nie ma. Bo dzieci wojskowych albo nie mają nic do powiedzenia, albo z czasem stają się równie zryte, jak ich tatusiowie. No, powiedzmy, że znam jeden wyjątek. Normalna dziewczyna z trepem raczej nie zdzierży, więc młodym 'morowym' chłopakom pozostają córki starszych stażem i stopniem konfratrów. Ma to dodatkowe plusy, bo odpowiednio usytuowany w hierarchii teść to skarb. Patrz: "plecy". Dziewczęta podświadomie (lub nie) szukają faceta podobnego do ojca. Skutki wiadome. A mąż w armii dla dziewczyny z wygwizdowa, gdzie pracy nie ma, to skarb bezcenny. Zawsze można podłapać jakąś podrzędną fuchę w jednostce. I tak się kręci to błędne koło, produkując kolejne pokolenia indolentów bez pojęcia o niczym, radzących sobie tylko w miarę nieźle ze ściemnianiem i, ewentualnie, gnojeniem postawionych niżej od siebie. W pełni świadomych swego kalectwa i straszliwie zakompleksionych. Wyładowujących te kompleksy na sobie nawzajem i na wciągniętych w ten młyn wbrew własnej woli szwejkach, na rodzinie i w ogóle na kim popadnie. Im pan oficer starszy, tym wyraźniejsze wykazuje objawy paranoi, tym bardziej jest małostkowy i coraz bardziej przypomina źle ułożonego psa, który na kogo może, szczeka do zesrania, a gdy nie może, to za wszelką cenę stara się pogryźć po łydkach. Sam nie wiem, czy chciałbym zobaczyć polską armię w sytuacji realnego zagrożenia wojną. Bo o ile w szwejkach potrafi się nagle obudzić bojowy duch i ułańska fantazja (o czym w ostatnim odcinku), o tyle nigdy nic takiego nie widziałem u tych mutantów. Swoją drogą znacznie chętniej niż polską armię na wojnie zobaczyłbym wyniki badań genetycznych na trepach – przedstawione w liczbach wsteczne wyniki chowu wsobnego. I ewentualnie statystyki alkoholizmu.
Ma jednak praca w armii swoje plusy. Pierwszym i najważniejszym jest oczywiście wczesna i przyzwoitej wysokości emerytura. Drugim - szansa dopchania się do żłoba. Pazerność wśród trepiarni stawia włosy dęba na głowie. W poniedziałek piszę w rozkaz nagrody za szczególne osiągnięcia dla panów oficerów (myślałby głupi, że co drugi major w jednostce to człek zaiste wybitny), w środę słyszę komentarze, że nie wiadomo, za co do 15-ego lipca wojsko będzie jadło, bo w kasie pustki. Wtedy też miałem czasem faktyczne trudności z jedzeniem, bo oficjalnie moja porcja jechała w blaszanym pojemniku (to się jakoś fachowo nazywało, ale ni cholery nie pamiętam jak) do bydunku baterii obsługi. Nieoficjalnie panie pracujące w kuchni nigdy się kosztami wyżywienia siebie i rodzin martwić nie musiały. W tym kryzysowym czasie widocznie trochę się pomartwić musiały i nie wątpię, że było tak za każdym razem, gdy panowie oficerowie dostrzegali pretekst do wyszarpania sobie jakiegoś ochłapu. Że kosztem ludzi, dzięki którym w ogóle mają jakąś pracę, to zupełnie poboczna sprawa i oczywiście bardzo niepoprawny politycznie punkt widzenia.
Nie pokusiłbym się o szacowanie, jakie szanse realnego powodzenia ma idea przekształcenia Wojska Polskiego w armię zawodową. Zakres zwolnień i restrukturyzacji byłby zapewne bezprecedensowy. Tysiące, pozwolę sobie powtórzyć: tysiące lądujących na bruku ludzi niezdatnych do normalnego życia. Co więcej, nie byłbym wcale pewien, czy w jakimś istotnym stopniu poprawiłoby to kondycję polskiej armii. Być może zmiana ograniczyłaby się do nastawienia i w razie zagrożenia szeregowy żołnierz, zamiast strzelić dowódcy w plecy i wiać do domu lub za granicę, próbowałby coś wskórać po żołniersku. Czy by potrafił - ciężko powiedzieć, nie wydaje mi się, żeby nas, podatników, było stać na sprowadzanie do Polski hord wykwalifikowanych instruktorów. Z jednego tylko powodu projekt całkowitej "profesjonalizacji" naszej armii faktycznie mi się podoba. Wreszcie zaprzestanoby wpieprzania w to cuchnące bagno Bogu ducha winnych ludzi.
Eh, o czym to ja?
Ach, o Capitano. Nic dziwnego, żeśmy się zgrali (przez jakiś czas krążyła po sztabie plotka, że capitano ma w wojsku syna), bo też był duchem niespokojnym i niepokornym. Za młodu był metalizującym motogangsterem i często w rodzinnym miasteczku siał z druhami postrach grzmotem junackich silników. Jako kadet chował pod czapką bądź beretem zachowany na pamiątkę po hardrockowej pelerynie kuc (z korzeniem na środku głowy). I w ogóle, pomimo przekroczonej trzydziestki i otępiającego zawodu, człowiek był ciekaw świata i z otwartą głową. Czyli w maksymalnym skrócie jeden ciekawy człowiek wśród wszystkich trepów poznanych przeze mnie w Centrum.
A mój współczynnik chaosu sięgał szczytów. Paranoi też. Od mniej więcej kwietnia bałem się wysyłać listy, na czym paskudnie ucierpiała ważna dla mnie osoba. Pewnego dnia z mojej żołnierskiej szafki zniknął niedokończony, porcjami pisany list. Uznałem to debilny 'dowcip' jakiegoś błyskotliwego 'kolegi', ale kilka dni później capitano zaczął mi zadawać pytania na temat tego listu. Czy się w nim aby nie chwaliłem swoim fartem, jak to złapałem ciepłą posadkę w sztabie. Wspomniał, że list był do przyjaciółki i zawierał informacje, które nigdy nie powinny były zostać ujawnione. A zostały, bo podobnie jak po akcji z rozjazdami, przyszły do niego z góry. Że sporo się nasłuchał od szefa wydziału i ma dopilnować, żeby więcej taka afera miejsca nie miała. Zrobiło mi się, delikatnie rzecz ujmując, dziwnie, bo jeśli dobrze pamiętam, regulamin pozwala dowódcom czytać korespondencję podwładnych, ale nie przypuszczałem, że faktycznie można być takim *****, żeby to robić. A niektóre moje listy, zwłaszcza ze stycznia, zwłaszcza do Oli, były baaardzo, ale to bardzo prywatne. Jeśli jakikolwiek zjebany trep to czytał, powinno było mu popalić brudne łapska.
W międzyczasie, podjudzony przez swą lubą, postanowiłem zostać oficerem. Miałem trochę oporów, widząc wszystkich tych rarogów dokoła, ale Ola każe - Uriel musi, poza tym chciałem się łudzić, że wśród cybernetyków może być więcej ludzi w miarę normalnych. Formalności załatwiłem w 3/4, przekonując się po drodze, jak łatwo jest zmanipulować wyniki psychologicznych testów. Po badaniu okazało się, że jestem znakomitym kandydatem na oficera, opanowanym sangwinikiem (oksymoron, he, he, ale kto by na to zwracał uwagę), dojrzałym i wysoko ceniącym uporządkowany tryb życia oraz normy społeczne. Czytając opinię z trudem powstrzymywałem wybuch rechotu. Ostatecznie formalności nie dokończyłem, bo konkretnie uroiło mi się zdawanie na WAT, a wkrótce miałem wątpliwą przyjemność poznać przysłanych z Warszawy podchorążych z Bemowa. Cokolwiek - czy to lenistwo, czy skleroza, czy może intuicja - powstrzymało mnie przed finalizacją cyrografu, bardzo, ale to bardzo dobrze się stało. Jeśli miałbym przez pięć lat żyć z takimi ufoludkami na co dzień, powiesiłbym się chyba gdzieś w połowie pierwszego roku.
Aha, zacząłem o chaosie. Przywykłem do luksusu i podróży służbowych. Zdarzyło się na początku lipca, że coraz bardziej się do mnie przekonujący pepełka postanowił zlecić mi misję od siebie, zawiezienie do stolicy jakichś dokumentów i czegoś jeszcze. Czego, nie wiedziałem, ale ustaliło mi się przekonanie, że kluczowe są dokumenty. Na bonus miałem czekać w internacie. Czekałem przez cały dzień, który czekać miałem. Wreszcie uznałem, że szef zapomniał i o bonusie i o mnie, więc pojechałem z dokumentami. Po powrocie zastałem nieprzeciętnie ciężką atmosferę w wydziale. W powietrzu ewidentnie wisiał zapach tchórza. Wszyscy siedzieli cichutko i z oczami wbitymi w podłogę. Pepełka podobno był wściekły i zapewne każdemu, kto wchodził do jego gabinetu, wyrywał serce. Złe przeczucie mnie tknęło, bo capitano był na urlopie, a przyczyną szefowego gniewu byłem oczywiście ja i nie przetransportowany prezent od pana pepełki do pana płka, pudło wędzonych węgorzy, które było głównym powodem, dla którego pepełek wysłał mnie w podróż. W końcu któryś z chorążych zebrał się na odwagę i poszedł zameldować, że wróciłem i jestem w wydziale. Po powrocie przekazał mi od szefa nakaz opuszczenia wydziału, wyprowadzenia się z internatu i zameldowania na pododdziale w ciągu 30 minut.
Złe to były minuty. Moja rozwijająca się w coraz żwawszym tempie deprecha znalazła znakomitą pożywkę. Spędziłem je na niewesołych raczej przemyśleniach i w mniejszym stopniu na pakowaniu się, co nie było rzeczą małą ani łatwą, bo w czasie sztabowej kariery ilość trzymanych przeze mnie ubrań cywilnych co najmniej się potroiła. Nie wiedziałem jeszcze wówczas, że ze wszystkich konsekwencji najboleśniejsze zbiorę bynajmniej nie w jednostce. Trafiłem wreszcie z pękającym w szwach stelażem na 11 baterię i do czasu, gdy pojawi się ktoś z wierchuszki, by dokończyć formalności, kazano mi czekać w świetlicy. Siadłem tam kompletnie zagubiony, w pełni świadom, że przyjdzie mi zapewne nie bez zgrzytów wpasować się w normalny rytm wojskowego życia i gonić swoją falę. Nie całkiem przytomnie omiatałem wzrokiem pomieszczenie świetlicy; przyjrzałem się uważnie stojącej z boku biblioteczce i okazało się, że stoi w niej jedna z najważniejszych lektur mojego dzieciństwa. Niewiele myśląc chwyciłem ją i odpłynąłem.
A potem w mojej wojskowej karierze rozpoczął się kolejny, najbardziej chyba chaotyczny i pokręcony rozdział, ale o tym w następnym odcinku.

2005-06-03 13:15:42   skomentuj (48)