Strona główna Autobiografia w odłamkach:
4. Hoo!Haa!

Atlas nieba - to tylko mogę ci dać
Lek na lęk, lek na sen, na wielki poranny strach

Taki z ciebie muzykant, Janko, jak z koziej dupy trąba.




Z repertuaru Ze Prykli Rołz:





Zazdroszczę taksówkarzom ich znajomości miasta. Dojechać z głębokich peryferii na plac Unii w dwadzieścia parę minut w godzinach szczytu, kiedy stoi właściwie cała stolica, to już graniczy z magią. Zwłaszcza, że przynajmniej ci taksówkarze, z którymi miałem dotychczas okazję jeździć, na własny pogrzeb raczej się nie spieszą. Trick wydaje się prosty, wystarczy ominąć najbardziej zakorkowany fragment arterii o "egzotycznej" nazwie. Tyle tylko, że jedynym na to sposobem jest korzystanie z innych tras, równie popularnych niestety. A jednak można. Z alternatywnej trasy najbardziej mi się podobał przejazd na przestrzał przez hale magazynowe, pozwalający ominąć dwa odcinki korków i jedno skrzyżowanie. O tajnym skrócie wiedzą podobno tylko nieliczni wybrańcy, więc się poczułem, choć nie aż tak bardzo, żeby nie wziąć reszty.
W drodze przygrywało radio, niestety, Eska, czyli Wasz Boom-Box W Eterze, Dozwolone Do Lat Trzynastu. Zbierałem się właśnie do wygłoszenia jakiegoś blaskomiotnego komentarza na temat Super Jazzy Konkursa eSeMeSowego, jako że taksiarz był rozmowny a przy tym wiózł mnie już tą samą trasą całkiem niedawno, gdy nagle mój tok rozumowania przerwała niespodziewajka.
Bo usłyszałem z głośników bardzo charakterystyczny dźwięk, piskliwy ton dobywany z klawiszy, jedna przedłużona nuta i rozbrzmiewające stopniowo coraz głośniej basso continuo (thanks, Haruś :P), które wcale nie było basowe, a za to kojarzące się nieodmiennie ze stylem J.M.Jarre'a. Sandstorm. Bodaj czy nie jedyny utwór techno, który naprawdę mi się podoba, tak od początku do końca. Mimo swej techoidalnej prostoty, a może właśnie dzięki niej, bo brzmienia są proste i nieudziwnione dodatkową cyfrową obróbką, bo nikt się ni sili na jakiś debilny wokal. Bo Sandstorm naprawdę pasuje do tytułu. Bo jest w nim pustynia i samum brunatną ścianą sunący na horyzoncie, bo jest klimat książek z jednej z moich ukochanych serii. Bo są wirujący w walce i łopoczący burkami Fremeni, są świetliste łuki zakreślane krysnożami... bo jest to najlepszy znany mi kawałek do słuchania w chwili, gdy długie światła omiatają rozmywające się w pędzie oznakowania na szosie. Faza gwarantowana, lekki transik gratis, na koszt firmy.
A właśnie, było o stylu J.M.Jarre'a, warto temat rozwinąć.
W latach szczenięcych słuchałem, jak większość dzieciaków, tego co i rodzice. W moim przypadku konkretnie tego, co i moja mamusia, a więc Mirelle Mathieu (czy jak to tam się powinno pisać), Edyty Geppert, Haliny Frąckowiak czy Urszuli. Co ciekawe, w najlepszym stanie zachował mi się do dziś sentyment do pani U. i nie mogę się doczekać przeprowadzki i założenia łącza stałego, bo co jakiś czas słyszę w radio np. "Wielki Odlot", łezka mi się w oku kręci i zwyczajowo gęsia skórka występuje (mój standardowy objaw silnego się rozsentymentalnienia). I wiem, że to chcę i wiem, że nie mogę, choćby dlatego, że MP3 przez modem ściągałoby się pewnie ze dwie godziny. Oczywiście wiem, że pani Geppert to wyższa szkoła jazdy i że to właściwie pieśniarka, ale znowuż z takich ambitniejszych wokalistek wolę Annę German. To oczywiście też sentymenty z lat dziecięcych i założę się, że przynajmniej 2/3 czytelni(ków/czek) nigdy o niej słowa nie słyszało. Szczególnie polecam "Tańczące Eurydyki" i "Andaluzyjską romancę" ;-)
Warto jednak przed popróbowaniem mieć świadomość, że jej sposób śpiewania nie każdemu się podoba. Ne?
Co ciekawe, część polskich gwiazd lat 80-ych odkryłem na nowo już na przełomie wieków. Urszula na przykład. Złapałem kiedyś ciężką fazę na "Malinowego króla", chyba ze względu na poetycki tekst i mój ówczesny stan ciężkiego sentymentalizmu. Po części miałem też sprzężenie zwrotne z druhem z Gdańska, który miał wtedy jeszcze cięższą chyba fazę na Księżyc i Francję... tak, tak, Mike Oldfield lub Blind Guardian, don't you know you're never goin' to get to France? Zresztą... sam wtedy złapałem tego samego gatunku fazę, tylko że na "Carribean" Enyi. W szczegóły na razie wdawać się nie będę, przyjdzie jeszcze na to czas, khe, he.
Muzyki czasu kartek na mięso i czołgów i na ulicach słucham po dziś dzień, co jakiś czas w pracy na playlistę wkracza z przytupem pani German lub Urszula. Bo muzyka w tamtych pięknych, choć niespokojnych czasach miała jakieś zacięcie, którego na przełomie wieków zabrakło. Wyraziste, wpadające w ucho - ale zarazem niebanalne i po prostu ładne - melodie. Często dobre, ambitne teksty, że choćby panią Geppert wymienię. Współcześni spece od szołbyznesu z pewnością pokładaliby się ze śmiechu, widząc te przedziwne teledyski, wyglądające jak próba zagrania etiudy na bębenku, słysząc jak delikatnie i lirycznie przewija się w miłosnych piosenkach erotyka. "Kornie jak zwierząt sierść czekam na dotyk twych rąk". Niet, niet, niet. Przecież to kicha i obciach totalny, teraz drzezzi jest "Hej suczki, znamy wasze sztuczki" i "Uh!Uh!Uh! Jebać mi się chce!". No cóż, może faktycznie dla blokowych ziomali, którzy szczytów abstrakcji myślenia sięgają tylko po dobrze podlanym chemią blancie, taka forma jest właściwa i pociągająca. Ja, jako stetryczały dziad i w ogóle konserwa, ponad wszelką wątpliwość wolę, gdy temat erotyzmu ujmowany jest lirycznie. Może to jakiś uboczny efekt filozofii - skoro sfera powiązań natury romantyczno-erotycznej jest piękna, dobra, [...], to po kiego grzyba mówić o niej w sposób prymitywny, brutalny, agresywny?
A od czasu fazy na "Carribean" standardowo używam nagrań Enyi jako odstresowywacza i źródła wszelkiej pozytywności, jako że muzyczka jest to łagodna, ładna i zdecydowanie poprawiająca nastrój.
I strasznie mi się za szczeniaka podobało Modern Talking, zarówno z racji wpadających w ucho melodii, jak i - a może głównie - ze względu na słynną płonącą wiolonczelę czy inny kontrabas. Co do tekstów nie miałem zdania, bo anglijskiego zacząłem się uczyć dużo później. A jakoś wkrótce po tym po raz pierwszy zafascynowali mnie Queen. W telewizji dawali czasami "Scandal" i "Breakthru" i wsłuchiwaliśmy się w to ze starszą siostrą namiętnie. Potem jednak lat kilka minęło, z siostrzyczką mnie, niestety, rozdzielono i w efekcie zacząłem słuchać przede wszystkim Jean Michelle Jarre'a. Do tej pory mam na taśmach niemal kompletny poczet albumów do "Chronologies" włącznie. W technikum na nowo odkryłem Queen, tym razem już w pełni świadomie, wiedząc kto to i co to, że legenda, że kawał historii. I tych panów na rockowym piedestale stawiam do dziś. A zanim skończyłem technikum, w swojej kolekcji pirackich (w sumie to nie było wtedy chyba w Polsce innych, heh) kaset mam pełną dyskografię, od "At the beeb", które nie każdy zna, a na podstawie którego powstał pierwszy znany album ("Queen"), aż po "Made in Heaven". Ćwierć wieku kariery, setki nagranych utworów, trochę średnich, horda dobrych i całkiem przyzwoite stadko znakomitych. Kilkanaście muzycznych arcydzieł. Yes, Queen reigns. Rządzi i panuje, żadna rockowa kapela nie skopała mi kupra tak dokumentnie jak oni. Na dobrą sprawę ciężko by ich nawet było jednoznacznie zaszufladkować. Gdzieś do "A day at the races" grali zasadniczo glam-rocka. Ale czy rockowe jest "The Prophet's Song"? "March of the Black Queen"? "Bohemian Rhapsody"? "I'm In Love With My Car" ma bardzo intensywną woń metalu, takiego starego, dobrego, motocyklowego hard-rocka. W sumie, to gdy się dobrze wsłuchać, to minimum 1/3 repertuaru zdecydowanie wykracza poza ramy nie tylko glam-, ale rocka w ogóle.
Haruś, Inn, wy na pewno rozumiecie, co ja tak właściwie chciałem tu napisać ;-)
Metalu, wbrew pozorom, słucham od całkiem niedawna, jakoś od roku '98. Zaraziłem się w czasie sielskich wakacji na wsi, od młodocianej karateczki, która z wielkim zapałem słuchała Hetfieldów. Dość szybko repertuar podzieliłem na dwie części - wartą słuchania, czyli do Czarnego Albumu włącznie oraz niewartą niczego, czyli prawie wszystko, co zagrali potem. A wśród faworytnych albumów zdecydowanie prym wiedzie "Kill'em All". W bluzie z nadrukiem okładki tegoż albumu (przedstawiającej czarny młotek na białym, acz zbryzganym posoką tle oraz cień morderczej ręki) chodziłem kiedyś do pracy. Może właśnie dlatego, jak na admina, miałem względny spokój, khe, he. "The Four Horseman", "Seek & Destroy", "Motorbreath" i "No Remorse" mam w stałej plejlyście, słucham prawie codziennie. Aczkolwiek kupowanie ich płyt gorąco odradzam każdemu. Nie, żeby zawarta na nich muzyka była zła. Po prostu trudno nie pamiętać sławetnej wojny przeciw Napsterowi. Z pewnością to posunięcie znacznie polepszyło im statystyki sprzedaży, khy, hły.
A potem w ramach poszerzania ciężkobrzmieniowych horyzontów zacząłem pożyczać od big sis (która przedziwnym jakimś trafem zaczęła się metalizować w tym samym czasie) Iron Maiden. I to było odkrycie stulecia (21-ego). Najpierw "Fear of the Dark", potem genialne "Seventh Son of The Seventh Son". A potem cała reszta. Koneser klasyki może na nich kręcić nosem, ale to już dekadenckie fanaberie. Rozumiem, że przed nimi byli klasycy, jak "choćby" Black Sabbath, ale spójrzmy prawdzie w oczy - to oni wynieśli metal na wyżyny. To dzięki nim pojawiły się wynalazki typu power metal, czy wręcz "Epic Symphonic Hollywood Metal", gdzie gitara elektryczna brzmi na przemian z kościelnymi organami, orkiestrą symfoniczną i chórem, opiewając majti łoriorów z ich imrold słoodami, gdy dziesiątkują hordy chaosu for ze king, for ze lęd, for ze małntęinz, by wreszcie zniszczyć ze Blak Lood i w chwale i glorii przynieść pokój tu ze łelm.
Yes, mighty warrior, what you hear now, are the suffering voices of the heroes that passed these lands before you. They lay in their quest tragically, but their thirst for victory is still alive and breathes through these ancient rocks. Ride now, mighty warrior! The kings of the Enchanted Lands await your victory! Their pride now rides with you!
Iha. >_<;
Oj, chyba zdygresiłem cokolwiek. Choć może nie jakoś strasznie, bo po zakochaniu się w Żelaznej Dziewicy prawie zupełnie przestawiłem się na ciężkie brzmienie, ale dość szeroko rozumiane. Bo z jednej strony Rammstein, a z drugiej Samael, z jednej Metallica, z drugiej My Dying Bride. Doszedłem ostatecznie do wniosku, że metal i jego bliżsi bądź dalsi krewni to ostatni żyjący przedstawiciele Muzyki. Bo, niestety, jakoś nie wychodzi mi nazywanie tym słowem schiz w rodzaju Warszawskiej Złotej Jesieni i fantastycznych utworów typu "X minut i Y sekund ciszy". Tak, tak, zawartość tego dzieła jest adekwatna do tytułu. Dęs, tekkno czy inne tręsy to też raczej nie muzyka, z nielicznymi wyjątkami. Rocka jakoś strasznie mało słyszę, więc nie mam skrystalizowanego poglądu. Może z wyjątkiem RHCP, którzy co jakiś czas odzywają się ponownie i zwykle robią to w sposób bardzo przyjemny dla ucha.




Sugerowana przerwa na kawę. ;-P




A kiedy już cały obrosłem metalowym pancerzykiem, spotkała mnie zadziwiająca niespodzianka.
Haruś zaciągnęła mnie na próbę kościelnego chóru. Liczny nie był, ale za to z zacięciem. Zastrzegałem się, że idę tylko posłuchać, choć w gruncie rzeczy wyczuwałem, co się kroi. Pani dyrygentka (e, Haruś, jeśli sprofanowałem muzyczne nazewnictwo, to oświeć...) chciała mnie przesłuchać, a ja musiałbym się sporo namęczyć, żeby znaleźć jakiś racjonalny powód do odmowy. Bo faktu, że jestem agnostykiem, a podobno nawet ateistą, do powodów racjonalnych zaliczyć skłonny bym nie był. No i się zdziwiłem. Okazało się, że i owszem, głos mój można wyćwiczyć i że jestem baryton.
Znaczy się, nadaje się do śpiewania się nadaje, znaczy się? *_*;
Wspomagałem wówczas (jakoś od czasu wyjścia z wojska), jako tekściarz i ogólny nosowścibiarz, amatorską kapelę metalową pod nazwą The Prickly Rose. Zaczęło się bardzo niewinnie, od przychodzenia na próby i, od czasu do czasu, wprowadzania stylistycznych poprawek w co mroczniejszych tekstach. Mówiąc o co mroczniejszych, mam na myśli takie na przykład kwiatki:
Próbujesz dopasować klucz
Lecz gdy masz pomocną dłoń
Bardzo szybko znajdziesz ten
Bardzo szybko znajdziesz go

Samemu nic nie udaje się
[x2]

Sam nic nie znaczysz, dobrze o tym wiesz
[x8]

Mroczne teksty pisał George, nasz pierwszy wokalista obdarzony głosem donośnym, wyrazistym i krzykliwym, ale geniuszem poetyckim trochę słabszym, niestety. Najchętniej teksty brał gotowe, np. do wybitnie ciężkiego, death-like rzekłbym, choć kiepskiego niestety kawałka zaadaptował 'Wspomnienie' Niemena. Nie ma to jak growlowane (tyż średnio, jednak ryk jego specjalnością nie był) "od Twoich listów pachniało w sieni, kiedy wracałem ze szkoły". Yesss. Nieźle dopasował tekst do "Sekty", zwanej też "Egipskim", bo z Samaelowego "Black Trip"a ("Ceremony of Opposites"). Do ładnej, melodyjnej ballady dokleił "Moją piosnkę (II ?)" Norwida i śpiewał to mniej więcej jak się w kościele śpiewa psalmy - piętnaście sylab na jednej nucie. Do tego się nie czepiałem, bo nie moje, a i przez jakiś czas pomysłu na nowy wokal nie miałem. Mimo to kapela, że tak powiem, miała wypiard. "Colodent", choć tekst miał, e, dość prosty ("Cześć, to ja, Colodent Junior F [...]"), zawsze powodował urywanie sufitu przez publikę. Bo miał ostre, galopujące riffy, a pełniący w kapeli rolę pałkersa mój młodszy braciak nigdy się za garami nie oszczędzał - zresztą w "Colodencie" to nawet solówkę zarzucał.
Brat wyjaśnił mi pewnego dnia, że niepotrzebnie się kryguję ze swoimi projektami racjonalizatorskimi, że po to właśnie zaciągnął mnie na pierwszą próbę, żebym się wtrącał, mącił wodę i wtryniał muzykantom swoje wizje.
Na wstępie doradziłem Dżordżowi, żeby w refrenie "Sam nic nie znaczysz" co drugą linijkę śpiewał ambitne i jakże oryginalne "Nie zmienisz świata, choć tak bardzo chcesz". No co, pasowało do reszty i nawet metrum się wpasowało ;-P
Potem zacząłem robić poważniejsze korekty, albo wręcz pisać nowe teksty, zwłaszcza do nowych utfforów. Szczęśliwie nie było to zadaniem ekstremalnie trudnym, bo muzyczne pomysły Tadzika przemawiały mi do wyobraźni bardzo klarownie. Typowym przypadkiem było "Pillaging Orcs". Usłyszałem podkład gitarowy i dostałem wizji. I zobaczyłem spowitą dymem równinę, a przez nią kroczyła banda zakutych w żelazo dzikusów, w ordynku niezbyt równym, ale maszerując w nogę. Bo kawałek miał rytm ewidentnie marszowy, ale riffy iście zbójeckie. W pierwszym porywie doszedłem do wniosku, że sięgnę do Tolkiena i opiszę jakiś fragment bitwy na Dagorlad, po czym inteligentnie zatytułowałem utffór "Fields of Gladden", bo miałem jakąś zaćmę w faktografii. Potem zaćma zeszła i chciałem toto przemianować na "Morannon", ale nazwa jakoś nie chciała się przyjąć. W międzyczasie nabrałem podejścia cokolwiek komediowego i dalsze trzymanie się nazewnictwa śródziemskiego nie miało sensu. Cóż, podobno zakończenie jest straszliwie przewidywalne (ne~e?) ale i tak uważam ten tekst za jeden z bardziej udanych. Nawet nie za bardzo popsułem to swoim niewydarzonym głosem, bo cały kawałek leci growlem.
*** KaLoRrRyFeEEeEEeEeErrr! ***
Ambitnie wyszło "Fire in Tanelorn". Hak z tym, że niegramatycznie, nigdy się tym nie przejmowałem bardziej niż twórcy anglojęzyczni. Przez jakiś czas chodził mi po głowie postmodernistyczny pomysł zadedykowania go Oli, ale jakoś nie wyszło, głównie chyba ze względu na zmiany personalne, jakie w moim życiu w międzyczasie zaszły. W ogóle to był jeden z bardziej dopracowanych kawałków, z ładnymi szlochami gitarowymi, wstawką na klangowanie i, że tak powiem, przemyślanym układem wokalu, nabierającego coraz bardziej wrzeszczącego zabarwienia w miarę rozwoju sytuacji. "Fajehr" zawsze był najbardziej doceniany przez resztę muzykantów a dla mnie stanowił jeden z ważniejszych argumentów za tezą, że można z tym składem porobić parę naprawdę ciekawych rzeczy.
Powstawało tej twórczości całkiem sporo, niektóre numery odchodziły w niepamięć (jak "The Dark Masters", "Sam nic nie znaczysz" czy bardzo moim zdaniem udany "Głos serca"), inne wchodziły w skład nowszych. Czasami z wielką szkodą, bo zaiste słodki "Mrok" ze słowami Tadzika ("Widzisz wokół siebie ciemność, nie możesz go obudzić, wyczuwasz Zuo") po obcięciu zwrotek zasilił Tadziowy wytrysk natchnienia iberyjskiego, czyli "fra Torquemada, vel metal flamenco". Które to metal flamenco do końca nie doczekało się ostatecznego tekstu.
Burn them alive to save their souls!
Posadę wokalisty przejąłem, jak sądzę, głównie ze względu na rozbieżności światopoglądowe. Bo kapela była dość ewidentnie metalowa, a George sercem i duszą był panczurem. Lubił proste układy i zaśpiewy, teksty tworzyłby najchętniej o "miłości, słońcu i pomidorach". I ni w ząb nie znał anglijskiego. Co było Zue, bo zawsze miałem straszne opory przed kaleczeniem mowy ojczystej. Pisać niegramatycznie i strasznym stylem po angielsku - okeeej, nie takie rzeczy robi się w imię wyższych stanów świadomości i kosmicznej równowagi. A po polsku jakoś tak nieprzyzwoicie. No i Giorgio miał problem. Kawałek pod roboczym tytułem "Hinduski" dostał prosty jak budowa cepa, kilkunastowierszowy tekst o turniejowym debiucie wojownika Ardżuny i jakże swojsko brzmiący tytuł "Vision of Bhagavad-Gita". Z tytułem nasz wokalista nawet nie próbował sobie radzić w sposób jakikolwiek, zaś trick, którym obszedł konieczność nauczenia się tekstu, wyrwał mnie z butów. Otóż zakuł pierwszą zwrotkę i pierwszy refren. Potem trochę powtarzał początek, a trochę mrocznie bełkotał z hamełykańskim eksyntem. Ołł, mama.
"Fire of Tanelorn" w ogóle mu nie podszedł i ostatecznie stwierdził, że to ja powinienem to śpiewać, bo zrobiłem wokal wrzaskliwo-agresorny, a on chciał coś balladowego. Wreszcie wymiękł chłopak do końca i uciekł do najbliższych punkrockowców.
Wtedy zaczęło się wielkie poprawianie, a zespołowi przybył support w postaci Samuela. Do ballady z kościelnym Norwidem zaadaptowaliśmy wiersz Sama "All My Desires". Tak się jakoś przypadkowo zgodziła wersyfikacja (z niewielkimi zmianami, ale naprawdę niewielkimi). Szkoda, że mnie zabrakło głosu, a Tadzikowi czasu, żeby wokal nagrać naprawdę porządnie. W tymże czasie forma tekstu do skocznego kawałka pod ambitnym tytułem "Dobro czy zło" została przeryta dokumentnie przez nas obydwu i nawet udało się zostać przy języku ojczystym, heh. A kumpel z pracy udostępnił swój wiersz "Ambiwalencje" na rozbudowanie koncertowego intro. Dobrze zrobił, bo mnie już zaczynały znowu jakieś pomysły pierścieniowładne nachodzić, z naciskiem na Kurunira.
I kiedy już powstał sensowny repertuar, większość utfforów się dopracowało i można było startować z nową edycją koncertów, zespół zaczął rozłazić się w szwach. Basista nigdy szczególnego zaufania nie wzbudzał, bo co i raz nie przybywał na próby i w ogóle jakiś mało twórczy był, choć jeden jego tekst utrwalił się w tradycji: "Mnie się wydaje, że my właśnie powinniśmy grać taką trochę bardziej rzeźnię chyba.". Potem zaczęły się zgrzyty z pałkarzem, którego w końcu osobiście obłożyłem ekskomuniką. Żal miał oczywiście straszny acz maskowany, jakoś nie docierało do niego, że skoro nie ma czasu grać, to nie powinien sobie i innym kupra zawracać. Ironia losu, bo "wykopał" go nie dość, że brat, to jeszcze człowiek, którego sam do interesu wciągnął. Dla mnie ta reakcja mimo wszystko była zadziwiająca, bo przez dłuższy czas chłopak sprawiał bardzo przekonujące wrażenie, że granie ma głęboko w rzyci, a na drabinie jego priorytetów (z pierwszym szczeblem zajętym przez dziewczę a drugim przez pracę) kapela tkwiła sobie gdzieś tuż nad poziomem gruntu. Cóż, widocznie wyszedł z założenia, że "zespół to ja" i skoro nie ma czasu bębnić, to powinniśmy w tym czasie nic nie robić. Bo sam fakt, że zagraliśmy bez niego, już braciakowi podniósł ciśnienie.
Ciężka i bolesna to była decyzja, a gdy ją ogłosiłem, okazało się, że Tadzik i Sołtys (the bass man) już od jakiegoś czasu pragnęli zmian w sekcji rytmicznej, ale byli przekonani, że brata z zespołu wyżenąć nie dam i do ostatniej kropli krwi jego posady będę bronić. Kamień chłopcom spadł z serca na moje i w ramach poważnych przygotowań do koncertu zwerbowaliśmy... Sołtysa, czyli starszego brata basisty, który to basista wszędzie poza zespołem The Prickly Rose zwany był Michealem. Sołtys bębnił dobrze, nawet bardzo dobrze, choć dla mnie brzmiało to dziwnie, może dlatego że chłopak preferował beaty typowe dla konkretnej rzeźni, death i black, a nie heavy. Poza tym siła przyzwyczajenia, ca jak co, ale braciakowy styl bębnienia polubiłem.
Z letniego domku na Tadziowym podwórzu w miasteczku Mrozy przenieśliśmy się z próbami na głęboką wieś, do Cegłowa. Na tydzień przed koncertem Sołtys podziękował za współpracę, wyjaśniając, że TPR to jednak nie jego klimaty i chce grać ze znajomymi rzeźnikami. Bezpośrednio powiedział to oczywiście tylko bratu, prawdopodobnie słusznie podejrzewał, że na takie dictum zeżremy go razem z butami.
Zastępstwo znalazło się dość szybko - młody i pełen zapału chłopak imieniem nomen-omen Janusz, który w wieczór po drugiej próbie, jadąc swym Wiejskim Sprzętem Kaskaderskim połamał oba nadgarstki. Kurwa.
Rozumiejąc, że nad naszą sekcją rytmiczną zaciążyło jakieś mroczne fatum, kupiliśmy automat perkusyjny i z tymże automatem zagraliśmy koncert z okazji Pierwszego Dnia Wiosny w liceum na ulicy Pięknej. Nie licząc mało kreatywnych rytmów (Tadzio nie zdążył się z automatem porządnie zapoznać) wyszło bardzo przyzwoicie. Był to zarazem oficjalnie pożegnalny koncert George'a, z którym śpiewaliśmy na dwa głosy, duetami, czy wynalazkami typu szatanowy ryk orkowy plus przerażone pojękiwania niewinnej ludności poddawanej zabiegom rzeźniczym. Wychodziło to, o dziwo, nawet efektownie i bez dysonansów. Tyle tylko, że większość uczniów "Dzień Wagarowicza" potraktowała bardzo poważnie i na koncercie publika była mniej liczna, niż na co niektórych próbach.
Ostatecznie Mephisto, czyli Kaorinite, czyli The Brat mój zapalczywy a niespolegliwy wrócił do zespołu po krótkim graniu rekreacyjnym ze swoimi przyjaciółmi z lat dziecinnych. Przyjechaliśmy posłuchać jak grają, a w efekcie ukradliśmy perkusistę.
A potem było lato 2003, początek żarcia trawy, Tadzik zapoznał się z moją "siostrą przyrodnio-cioteczną" z Olsztyna i zakochał na zabój, więc chcąc zaszpanować dziewczęciu samochodem lepszym niż legendarna już wtedy Biała Strzała Podlasia, sprzedał gitarę i piec. A Meph uznał, że też chętnie by wózek zmienił, więc sprzedał perkusję.
Zespół The Prickly Rose umarł na materializm.
Nikt nic tak naprawdę nie zyskał. Tadzik został w końcu porzucony, a kupionego za sprzęt muzyczny Forda Oriona sprzedał w diabły (inna rzecz, że i tak w jego cenie pieniądze ze sprzedaży 'gratów' stanowiły jakieś 30%). Braciak zaliczył dzień aresztu, bo nowy Polonez był pokradzieżowy a pieski nie dokończyły spraw formalnych. Repertuar TPR co jakiś czas grany był i jest po dzień dzisiejszy, bo kompletnego i stabilnego składu nigdy się już Tadziowi (twórcy Różyczki) zebrać i utrzymać nie udało. Było po drodze Goat Ass Trumpet, czyli 3/4 TPR i Mariano Italiano, zwany też Hugiem. Ale to już nie było to. Jedna dobra piosenka wiosny nie czyni, zresztą już wtedy zaczęły się pierwsze problemy z tekstami. Muzyczka była ładna, ale nie budziła we mnie żadnych intensywniejszych skojarzeń. W którymś momencie zacząłem do niej śpiewać tekst o "jebanych bobrach". Hugo zwrócił uwagę na mroczny, zalatujący horrorem nastrój zwrotek, mnie utkwiły w mózgu bobrze zęby ostrzone nocami na twardych pniach i tym sposobem powstała "Złotooka", czyli ballada o Vapmire Princess Miyu. W porównaniu ze sposobem, w jaki powstawały "Pllaging Orcs", "Fire in Tanelorn", czy "Torquemada" (wizja, oświecenie, gorączkowe pisanie na kolanie zanim natchnienie ucieknie), lipa kompletna.
I tylko na dnie serca gdzieś pozostał żal. W sumie to nikt w TPR naprawdę dobrym muzykiem nie był. Nie umiałem śpiewać, Tadzik miał problemy z solówkami, braciak bębnił nierówno i kochał zwalniać, a basista po prostu grał, co mu kazano, im prościej tym lepiej. Ale kiedy ta czwórka nieudaczników spotykała się i zaczynała rzępolić, nagle zaczynały się wydzielać potężne dawki Czadu. The Prickly Rose miała Cosia, który powodował, że przysypiająca po występie bluesmanów publika zaczynała dostawać skrzydeł i urywać sufit, a kapele grające żwawo wolały, żebyśmy grali po nich, bo słuchacze nie mieli już siły skakać, a niekiedy i klaskać. Metalowe covery klasycznych hitów ("Wicked Game", "Daj mi tę noc" :-D) zwykle wykonywane były "cała sala śpiewa z nami"...
I „cała energia poszła psu w dupę”.

[*] [*] [*]

(Światełko dla ś.p. TPR i pogrzebanych planów i nadziei) ;-P

2005-05-31 13:20:06   skomentuj (34)