![]() |
| Strona główna |
Autobiografia w odłamkach: 3.3. Szeregowy sztabowy
Struktura... hmm, społeczna zasadniczej służby wojskowej to chyba temat na odrębne studium z socjopatologii. Nigdy nie trafiają tam młodzicy dobrze sytuowani. Bo w zależności od WKU permanentny spokój kosztuje od jednego do sześciu tysięcy. Czasami pomoże głupi fart, albo umiejętne pokierowanie swoją edukacją. Bo znacznie chętniej "przyjmowani" są technicy, albo chłopcy po zawodówkach, niż maturzyści z liceów. Wiadomo, miętkie to i średnio do życia przystosowane, a co gorsza, gdy przychodzi wbić do wojskowej książeczki jakąś specjalność, to aż gula skacze, bo przecież nie może co drugi żołnierz być kancelistą.
Jest też reguła działająca w drugą stronę. Są tacy, którzy do wojska idą chętnie, jeśli nie wręcz z niejakim entuzjazmem, choć bynajmniej nie chcą z armią wiązać swojej przyszłości. To ci, których nęka policja z wyrokami, wezwaniami na rozprawy i innymi niedogodnościami, z którymi może cmoknąć się w pępek, gdy chodzi o żołnierza. Ogólnie, kto żyw i z prawem nie na bakier, umyka przed mundurem choćby na drzewo. Wśród słuchaczy mojej szkółki zdecydowanie dominowało wykształcenie podstawowe, częstokroć niepełne. W skali Centrum dużo lepiej nie było, zwłaszcze jeśli nie brać pod uwagę wczasowiczów, czyli Szkoły Podchorążych Rezerwy, oraz przyszłych trepów, czyli kadetów Szkoły Chorążych. Są ślusarze, spawacze, kierowcy i różni inni fachmeni. Ale informatyk to rarytas. Jeśli nie uzbiera się ich zbyt wielu (czyli więcej niż po 1 na pododział), są hołubieni i lulani niemalże. Tak też stało się i ze mną. W poprzednim odcinku serialu zawodowi prowadzący pobór zauważyli mnie i moje szypppkie palce. Nie zapomnieli o tym bynajmniej, bo zaraz po przysiędze i wcieleniu w sztabie szykowała się kolejna porcja ciężkiej roboty, z siedzeniem po nocach, świeceniem oczami i wiciem się w pajęczej sieci wzajemnych zależności. To rozjazdy. Po zakończeniu przeszkolenia świeżo upieczony żołnierz trafia do swej właściwej jednostki. Teoretycznie wybiera się taką, która "prowadzi" przypisaną delikwentowi specjalność i jest najbliżej jego domu (czy raczej jego WKU). W praktyce człowiek z Głuchołazów (granica czeska) trafia gdzieś na Pomorze albo Suwalszczyznę. Właściwie ten system już X lat temu powinien był zostać zautomatyzowany, ale wojsko lubi tradycję. Po co sięgać po jakieś, za przeproszeniem, komputery, gdy można sobie posiedzieć kilka nocek w wydziale nad mapą, notatnikiem kalibru cegła i wielkim koszem kart ewidencyjnych. Mój pomysł racjonalizatorski nie przyjął się, pan chorąży jakoś nie mógł przyjąć do wiadomości, że po wstępnym przypisaniu możnaby nanosić niezbędne poprawki. Oj, niezbędne. Bo gdy rozjeżdża się po jednostkach tysiąc żołnierzy, to przynajmniej kilkunastu, a zwykle 20-30, trafia nie tam, gdzie powinni, ale tam gdzie chcą. Albo bardzo nie chcą, w zależności od tego, jak bardzo który dał się komu polubić i jakie ma plecy. W ogóle plecy to zdecydowanie najważniejszy dla żołnierza organ. W porównaniu z nimi mózg to całkowicie zbędna narośl w czaszce. Im szersze i wyższe, tym lepiej. Decydują o wszystkim. Kto awansuje, kto musi się szybko przenosić, kto dostaje okresowe nagrody, a kto nie. Dowódca plutonu okazał się być poniekąd moimi plecami. Bo gdy dokopałem się do swojego własnego rozjazdu, najpierw okazało się, że powinienem się znaleźć w Elblągu albo w Powidzu. Powstała wreszcie pierwsza, wstępna wersja rozjazdu. Już następnego dnia linijka opisująca moje przyszłe militarne losy okazała się być zamazana korektorem i przeprawiona na Warszawę. No cóż. Do końca nie rozgryzłem, kto się bardziej zdecydowanie odezwał, choć kandydatury miałem dwie. Takiego przeprawiania i poprawiania było całkiem sporo. Kiedy wreszcie dzieło wielkie a wagi niezwykłej dobiegło końca, w ramach docenienia ostateczną decyzję w temacie mojego rozjazdu zostawiono mnie. Bez dłuższego namysłu wybrałem Koszalin. Pan chorąży odradzał, przekonany że jeśli zostałbym na szkółce, to moja błyskotliwa kariera natychmiast stanęłaby w miejscu, bo kancelistów w wydziale już huk, w tym jeden żołnierz służby zasadniczej na krzywy ryj. Szczęśliwie dogadałem się zawczasu ze zdecydowanie bardziej obrotnym i sprawniej myślącym kapitanem, który nie miał najmniejszych wątpliwości, gdzie w jednostce byłbym najbardziej potrzebny. Najpierw, jako ciężko a obłożnie chory, zostałem na 6 baterii SMS. Sytuacja powstała przedziwna, bo na pododdziale nie bardzo było wiadomo, co właściwie ze mną zrobić. Nie miało sensu wpasowywanie mnie w jakikolwiek pluton szkolny, bo nie byłoby jak uzasadnić faktu, że zamiast biegać z innymi słuchaczami po chaszczach, bawię się komputerem w sztabie jednostki. Szczęśliwie znalazło się jeszcze kilku żołnierzy szczególnej troski, trzej elewi, przeznaczeni na stasznych bezkręgowych, którzy w niewłaściwym czasie trafili do wojska i wypadli z normalnego cyklu szkoleniowego. Ostatecznie sformowano z nas nowy, czteroosobowy pluton. Kadra zawodowa baterii, z jednym wyjątkiem (dość łatwym do odgadnięcia), patrzyła na mnie krzywo. Do śniadania jeszcze z pododdziałem, ale do wieczora znika toto bez śladu, ani na rejony zagonić, ani służbę wrzepić. Wreszcie dowódca nie zdzierżył, wezwał mnie na poważną rozmowę i napomniał srodze, że choć szeregowy sztabowy, to nadal jestem żołnierzem 6 baterii SMS. Co drugi weekend i niekiedy w tygodniu wstawił mnie na służbę dyżurną, chciał też, żebym po obiedzie meldował się na pododdziale. Z tym to mu nie poszło, bo dział kadr Centrum stanął okoniem. Moimi służbami też się 6 bateria długo nie nacieszyła, bo przy kolejnym wcieleniu posiałem Xaos. Nie żebym kogoś do niewłaściwej jednostki wpisał. Po prostu informacje na temat przydziałów rozeszły się w kolejności niezbyt raczej dla dowódców miłej. Ze słuchaczami nowego turnusu zdążyłem się trochę zaprzyjaźnić, i już kilka dni przed swoimi przełożonymi wiedzieli, do jakich jednostek trafią. Potem wykazali się średnim raczej wyczuciem sytuacji i rozpiskę przekazali kolegom z baterii siódmej. A ci znowuż przekazywali sobie wieści w sposób tak dykskretny, że karteczkę przechwyciła kadra zawodowa. I bez dłuższego namysłu przekazała dowództwu Centrum do wyjaśnienia. Dowiedziałem się o tym dzień później, gdy zobaczyłem 'swojego' kapitana z miną człowieka, który znalazł w szafie nagiego faceta, tudzież z moją karteczką w ręku. - Młody, powiedz mi, że to nie ty. Nie powiedziałem. Dowody były zbyt mocne. Kapitan zebrał burzę na własną głowę, opieprzył mnie solidnie i przeniósł z pododziału na zupełną dziczyznę. Oficjalnie stałem się żołnierzem 11 baterii dział i działek przeciwlotniczych, zajmującym się nowoczesnymi i jakże w obronie przeciwlotniczej potrzebnymi elektrowniami polowymi. Nieoficjalnie zamieszkałem w internacie dla kadetów, podchorążych i innych cholernych VIPów. Żeby nie było kwęków, że co to za żołnierz, co go na pododdziale w ogóle nie widać i przede wszystkim, żeby odseparować mnie od reszty żołnierzy "zetki" i oszczędzić pokus paskudnych. I wtedy zaczął się zwis kompletny, zupełnie jakbym w falowej hierarchi stał się co najmniej wickiem. Pobudka godzinę później, popołudniami partie Diablo lub wypady na miasto, z prac porządkowych zostało dbanie o pokój, w którym mieszkałem z drugim "szwejem" z działu kadr, kapralem z Głuchołazów. W jednostce spędzałem cztery, maksimum pięć w dni w tygodniu, a żeby nie przekraczać granicy przyzwoitości (jedna przepustka na dwa tygodnie), co i rusz jeździłem do Warszawy w podróż służbową. Wtedy też sięgnąłem szczytu kreatywności w Power Point'cie, o czym w następnym odcinku.
|