![]() |
| Strona główna |
Autobiografia w odłamkach: 3.2. UFO z prawej!!!
Drugiego dnia służby obudziłem się z pełną świadomością, jak bardzo niefachowo posłałem sobie łóżko. Był to styczeń, a na ogrzewanie ciągle jakoś brakowało pieniądza, więc obudziłem się tak przemarznięty, że wcelowanie w pisuar przerosło moje możliwości. Nie pochorowałem się wtedy chyba głównie z wrażenia.
Podobno oficjalnie zadaniem zaprawy porannej jest pobudzenie do pełnej gotowości rozleniwionego snem, żołnierskiego krwiobiegu. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że może to wymagać tak drastycznych środków. Jak drastycznych? Standardem na szkółce było pół godziny marszobiegu, w proporcji cztery do jednego na korzyść biegu. W ciężkich butach i zimowych kurtkach. Z początku mieliśmy taryfę ulgową, więcej marszu, niezbyt szybkie tempo. Ale zawsze do porannego mycia przystępowaliśmy spoceni jak myszy i zziajani jak psy. Fakt, że poranna nieprzytomność znikała jak ręką odjął, a i apetyt na śniadaniu dopisywał znakomicie. Aż szkoda, że teraz nie potrafię się zmusić do takiego poranka. Zaprawa, jako zajęcie męczące i mało ciekawe, nigdy nie wzbudzała wśród wojska wielkiego entuzjazmu. Zwłaszcza wśród strasznych bezkręgowych i kaprali. Jeśli z samego rana nie było na pododdziale nadgorliwych żołnierzy zawodowych, kaprale spali do śniadania, wyznaczając dla wygody zastępstwo. Nie raz i dwa zdarzało się, że prowadziłem pododdział w biegu, z założonymi tymczasowo dwubelkowymi pagonami i z przykazaniem, żeby w razie zagadnięcia przez oficera dyżurnego meldować się jako kapral Maik. Zdarzało się też, że np. dowódca plutonu pojawiał się znienacka, a ani straszni, ani kaprale na bieganie wstawać nie chcieli. Dosłownie, zupełnie jakby rozkaz podlegał dyskusji. Wówczas chorąży, mój rówieśnik zresztą, mając nad śpiochami litość i nie chcąc stawiać ich z byle powodu przed sądem wojskowym, chwytał za środki nieregulaminowe w rodzaju wiadra zimnej wody. Oj, wtedy to dopiero biegaliśmy... Dopiero w koszarach doceniłem łaskę losu, który obdarował mnie jasnym zarostem. Bo gdy próbuje się golić częściej niż raz na 2-3 dni, to na twarzy mam konkretną masakrę. Po pierwszym goleniu w służbie ojczyzny pysk miałem tak podrapany, że krzywiłem się na sam widok maszynki. Za niewystarczającą biegłość w jej używaniu opieprz dostałem nie raz i nie dwa. Cóż, nie da się dogodzić wszystkim. Największą wadą armijnych śniadań jest limit czasowy. Nie wyrabiasz się - chodzisz głodny. Ekstremalnym przypadkiem była ciesząca się ogólnie bardzo złą sławą w szkółce 8 bateria, którą Bozia pokarała dowódcą psychopatą. Czas na śniadanie 10 minut, na obiad 15. Przynajmniej 2-3 razy w miesiącu ktoś ósmej trafiał pod opiekę lekarską z oparzeniem przełyku. W ogóle mam wrażenie, że z trzech pododdziałów SMS trafiłem na najłagodniejszy. Ale do tego wrócę przy okazji ćwiczeń polowych. Spośród artykułów pierwszej potrzeby największym w armii łakociem są papierosy. Nie palą bardzo nieliczni, jakieś 3/4 ludzi, którzy rozpoczynają służbę jako niepalący, stają się regularnymi palaczami, a z tych wielu wychodzi do cywila jako nałogowcy. Bo średnio co godzinę-dwie wojsko ma przerwę na papierosa. Niepalący zwykle żadnej przerwy nie mają. Również pod tym względem "mój" pododdział należał do chwalebnych wyjątków, bo nikt nie wymagał od biorących udział w przerwie, żeby cośkolwiek palili. Z niesławnej baterii ósmej dochodziły nas niezbyt budujące opowieści. O przerwach robionych z dobrego serca nie było mowy, wojsko musiało się o nie dopraszać. Jeśli proszących było wystarczająco wielu, kapral łaskawie organizował zbiórkę, brał swoją zimową czapkę, wzorem żebraków odwracał dnem w dół i defilował z nią wzdłuż szeregu. Jeśli ilość i jakość papierosów, które znalazły się w czapce, zadowoliły wymagania pana kaprala, prowadził pododdział na palarnię. Te opowieści z początku traktowałem jako straszne bajki dla niegrzecznych dzieci - patrzcie, jak wam dobrze, oni mają dużo gorzej. Ale zdarzyło się raz, że zamarudziliśmy dłużej na palarni pod stołówką i zobaczyłem wreszcie żołnierzy tej na poły legendarnej baterii. To było jakoś po dwóch tygodniach szkolenia, kiedy większość z nas jakoś się w nowym środowisku znalazła i zaczęła żyć normalnym, w miarę możliwości, życiem. A oni wciąż mieli charakterystyczne, wystraszone i pokorne spojrzenie. Żal było patrzeć, zwłaszcza, że u większości rzucały się w oczy bardzo znoszone, poszarpane mundury - zupełnie jakby codziennie czołgali się w jeżynach. Nie wiem, kto wymyślił, że żołnierza można czegokolwiek nauczyć w miesiąc. Ale tyle właśnie trwa "unitarka", czyli przeszkolenie podstawowe. Już po zakończeniu służby usiłowałem jakoś podsumować swoje militarne umiejętności i miałem z tym naprawdę poważny problem. W momencie wcielenia w książeczkę wojskową miałem wbitą specjalność 'obsługa polowego kabla teletechnicznego'. Tego kabla ani razu nie zobaczyłem na własne oczy ani nawet na obrazku, wiem tylko, że coś takiego istnieje. Później, kiedy trzeba było znaleźć podstawę prawną dla mojego dalszego pobytu na szkółce (lepszą niż przewlekła a ciężka choroba), dostałem nową specjalność - obsługa elektrowni typu jakiegoś-tam. Zobaczyłem ją raz, asystowałem przy jej konserwacji, nawet mam wrażenie, że jeszcze dwa-trzy miesiące później byłbym w stanie z pamięci ją uruchomić. Z pamięci, bo wszystkie napisy były po rosyjsku - 'elektrownia', czyli po prostu generator spalinowy na kółkach, pochodziła z wczesnych lat pięćdziesiątych. Była dla mnie materialnym dowodem wszechogarniającego polskie 'siły zbrojne' (he, he) totalnego absurdu. I nawet nie chodzi mi o tragicznie starą technologię. Chodzi o jej przydatność. Do czego bowiem służyła akurat tego typu elektrownia? Do elektrycznych silników dział przeciwlotniczych S60, kalibru, jak sama nazwa wskazuje, 52mm. Wynalazek ogólnie sprytny, bo pozwala na automatyczne celowanie. Z odpowiednim sprzętem dodatkowym można ostrzeliwać jeden cel całą baterią i mieć solidne podstawy, by sądzić, że wszystkie działa faktycznie celują w to samo miejsce. I byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że 'strzelanie na automacie' od ładnych już paru lat w polskiej armii wykonuje się tylko i wyłącznie w marynarce, gdzie źródło prądu jest zupełnie inne. Innymi słowy elektrownia jest, ale nikt nie chce pod nią niczego podłączać. A niech sobie warcziajet. Uch, wybiegłem do przodu dobrych kilka miesięcy. Jakość przeszkolenia podstawowego zależy, jak sądzę, od pododdziału i 150 innych rzeczy. Kiedy na ćwiczeniach polowych staliśmy sobie słuchając wykładu na temat służby wartowniczej lub bez nadmiernego pośpiechu ćwiczyliśmy wywrzaskiwanie ostrzeżeń dla intruzów, 100 metrów dalej toczyła się chyba III wojna światowa. Nie przypominam sobie, żebym elewów 7 baterii SMS widział inaczej niż w biegu (gdy się czołgali, raczej niewiele było widać). Wszyscy byli poprzystrajani jakimiś gałązkami, ktoś nawet dźwigał na ramieniu drewnianą kłodę, mającą zapewne imitować S2 - "ręczną" wyrzutnię rakiet przeciwlotniczych. Z baterii ósmej nigdy nie widziałem nikogo, co każe podejrzewać, że na ppc (przykoszarowym placu ćwiczeń) nie poruszali się inaczej niż czołganiem. Z baterii szóstej jedynym słuchaczem, który na ppc przebył czołganiem ogólny dystans powyżej 20 metrów, był szeregowy Uriel, który żadną miarą wspólnego języka z niezbyt szczęśliwie poznanym na wcieleniu kapralem znaleźć nie mógł. Jak wiadomo, niedobrze jest mieć na pieńku z przełożonym, choćby tylko chwilowym. Zasadniczo rozkaz "czołgiem naprzód marsz" miał być oryginalną formą stwierdzenia "wkurzasz mnie, gościu" i podobno zanim przepełzłem 20 metrów, padł już rozkaz 'powstań'. Ja jednak tak się zapamiętałem w pomykaniu przez trawy i chaszcze kiej ta jaszczurka zwinka, że rozkazu nie dosłyszałem. Kiedy już ucichł chóralny rechot, kapral posłał za mną kolegę, coby rozkaz dostarczyć z mniejszej odległości. Tym razem dotarło. Wstałem i oczy ze zdumienia przetarłem - nie miałem zielonego pojęcia, że mam takie tempo. Ćwiczenia polowe bywają jednak o wiele ciekawsze. O ile żadną miarą nie wyobrażam sobie udziału zmobilizowanych ex-żołnierzy służby zasadniczej w jakimkolwiek normalnym konflikcie zbrojnym, o tyle nie mam najmniejszych wątpliwości, że w razie inwazji wrogich istot pozaziemskich armia polska dawałaby najwspanialszy przykład prawidłowej postawy i znakomitego przeszkolenia. Przeszkolenie na wypadek agresji Marsjan tudzież małych futrzastych stworków z Alfa Centauri było niezwykle skomplikowanie. Grupa szkoleniowa poruszała się swobodnym marszem przez pomorskie pustkowia. Znienacka rozlegało się ostrzeżenie: "UFO z prawej!!!". W tej samej sekundzie cała grupa wykładała się plecami na ziemi, unosiła w górę rączki i nóżki, po czym zaczynała wydawać z siebie piskliwe dźwięki: *mimiiimiiiimimmimimimi!* Oczywiście byłbym obrzydliwie niesprawiedliwy, gdybym pominął przeszkolenie strzeleckie. Tak, również i w tym temacie mój pododdział miał taryfę ulgową. Ominęło nas robienie huku przy pomocy ślepej amunicji. Niby nic wielkiego, ale ślepe naboje osyfiają wnętrze kałasznikowa nieporównywalnie skuteczniej niż ostre. Czyli kilkakrotnie więcej żmudnej roboty przy czyszczeniu sprzętu po ćwiczeniach. Ogółem w ciągu całego roku służby w ramach oficjalnych zajęć wystrzeliłem 10 (dziesięć) sztuk amunicji 7,62mm. Można więc powiedzieć, że swe umiejętności strzeleckie doprowadziłem do niedoścignionej perfekcji. Zasadniczo wyjście na strzelnicę należało do imprez specjalnego znaczenia. Dowódcy pozostałych baterii SMS uwielbiali je jako okazje do solidnego zmaltretowania żołnierzy, nasi chcąc nie chcąc musieli przynajmniej dotrzymać kroku. Rozgrzewką przed strzelaniem było siedem kilometrów marszu w tempie, w którym normalni, zdrowi ludzie truchtają, zresztą co jakiś czas spinano nas do biegu. W pełnym oporządzeniu, ze ścisłym zachowaniem regulaminu - czyli w hełmach i z plecakami. W marszu karabinki na ramieniu, w biegu trzymane 'za łoże' (oczywiście poza środkiem ciężkości). Ogólne było błogo i zaczynałem czuć się trochę dziwnie na myśl o służbie wartowniczej, gdzie w bark wrzyna się pas od kałasznikowa z pełnym magazynkiem, co oznacza coś ok. 1,5 kg więcej niż bez amunicji. Strzelnica garnizonowa jest otoczona wałem ziemnym, poza tym zorganizowano ją na pagórku, więc ostatnie kilkadziesiąt metrów trasy to fragment naprawdę stromy. Ponieważ cokolwiek "spuchani" po 7 km marszobiegu żołnierze zaczęli zwalniać, zarządzono finisz sprinterski. Po dotarciu na miejsce rozległy się bluzgi, chińskie klątwy i inne błyskotliwe komentarze na temat strategii szkoleniowej, więc kaprale uciszyli wzburzonych stwierdzeniem, że powinniśmy się cieszyć. Że tych ostatnich metrów nie pokonaliśmy czołganiem. Też byłbym taki dowcipny, gdybym w trasie niósł karabinek ukosem przez plecy. ;-P Ogólnie wojsko z kondycją stało jakoś mocno średnio. Gdzieś w połowie stycznia w ramach WF chorąży - dowódca plutonu zarządził marszobieg terenowy. Taki solidny jogging, bo prawie cały czas truchtaliśmy. Po dwóch tygodniach codziennych zapraw i częstych WF-ów, z moimi 65kg wagi czułem się w tym truchcie całkiem nieźle, ale nie każdego los obdarzył komarzą posturą i szybką "akomodacją", więc już po jakichś dwóch kilometrach podniosły się kwęki, że za szybko i zaraz będą pierwsze ofiary śmiertelne. Straszni bezkręgowi usiłowali jakoś załagodzić sytuację, ale chorąży w końcu nie zdzierżył, zatrzymał kolumnę i wygłosił krótką pogadankę. - Albo się, kurwa, weźmiecie w garść, albo wypierdolę takie tempo, że się, kurwa, trzy razy po drodze zesracie. Podziałało. Wracając do strzelnicy garnizonowej - była dla mnie wielkim rozczarowaniem. Celowanie ćwiczyliśmy z początku na tzw. Cyklopach. Był to zestaw złożony z monitora i kamery przymocowanej pod lufą karabinka. Naciśnięcie spustu włączało stop-klatkę. 'Strzelaliśmy' na skrócony dystans (10 metrów) do proporcjonalnie zmniejszonych tarcz. Trafiałem 9-10 ze skupieniem cokolwiek łechczącym moją próżność. Kiedy przyszło strzelać w pełnym dystansie (100 m), okazało się, że zamiast tarczy z charakterystyczną twarzyczką w hełmie widzę jakąś rozmytą, zielono-żółto-białą plamę o kształcie z grubsza owalnym. W tarczę trafiłem raz, oczywiście poza jakąkolwiek strefą punktowaną. Dowódca baterii przydzielił mi nową ksywkę - Janek Kos, jako że najwyraźniej wszystkie kule jedną dziurką puściłem :-D No i ze strzelania wpadła lufa, za -1,5 dioptrii regulamin żadnej taryfy ulgowej widocznie nie przewiduje. Zdecydowanie najbardziej na strzelnicy podobały mi się zajęcia z walki wręcz w ramach służby wartowniczej. Instruktor był miłośnikiem walk Wschodu, więc ciosy bagnetem, magazynkiem, metalową kolbą i Z Kopa [tm] ćwiczyliśmy wśród potępieńczych wrzasków z gatunku "Hłajaaa!!". Do zajęć z użyciem Cyklopa warto jeszcze wrócić, bo zapoznaliśmy się wtedy z wojskowymi metodami radzenia sobie z cokolwiek utrudnionymi warunkami szkolenia. Styczeń 2001 był na Pomorzu dość ostry, ośmiogodzinne zajęcia na wolnym powietrzu w temperaturze -10, -15 mieliśmy kilkakrotnie. Część tych zajęć była teoretyczna, więc po prostu staliśmy rzędem jak kołki, słuchając wywodów kaprali i powtarzając po nich formułki. Było oczywiste, że wojsko marznie, więc zorganizowano nam ogrzewanie. Nie nie, absolutnie nie był to żaden koksownik czy inna koza. Nawet gorącą Inkę na mleku wydzielano bardzo skąpo. Po prostu biegaliśmy w kółko, dopóki nie zaczęliśmy parować. Przez następne 3-5 minut faktycznie było ciepło, potem spocone umundurowanie zaczynało wyrównywać temperaturę z otoczeniem i "ząb na ząb trafiał jeno z rzadka". W efekcie w ciągu następnych trzech dni 3/4 pododdziału dostało zwolnienie z zajęć polowych i musztry i przez tydzień zajęcia inne niż wykłady w koszarach nie powinny się odbywać. Kilka bonusowych, 3-4 godzinnych lekcji WF mieliśmy i tak, bo, jak już wspominałem, zabrakło budżetu na ogrzewanie budynków. Kilka miesięcy później dowiedziałem się, dlaczego. W ramach trzymania imidrzu podczas zajęć na strzelnicy ćwiczebnej, czy jak ją tam zwali, podpadłem oczywiście kolejnemu kapralowi. Szczęśliwie z innego pododdziału, inaczej chyba by mi "nie poszło". Kapral prowadził zajęcia pt. "budowa 7,62mm kbk AKMS" i najwyraźniej miał aspiracje intelektualne, bo swój wykład przeplatał dowcipami. Nie pamiętam ich, ale pamiętam, że śmieszne były w stopniu zerowym. Przynajmniej dla mnie, bo reszta grupy chichotała, choć nie dam głowy, czy aby nie celem sprawienia radości kapralowi. Instruktor nie omieszkał zauważyć, że ktoś się z jego dowcipów nie śmieje, pewnie go nie lubi albo coś do niego ma. Wpadł na pomysł zafundowania mi praktycznych zajęć z czołgania w pobliskim rowie, ale założyłem mu pętlę logiczną i zanim się z niej wyplątał, padła komenda zmiany stanowisk szkoleniowych. Rekordowy wybuch śmiechu wywołał żołnierz, który podczas powrotu do koszar westchnął z ulgą: "No. Wreszcie do domu!". Przez dwa tygodnie kadra szkoleniowa naszej baterii nie potrafiła nijak nauczyć nas podstaw musztry. Zwroty i przeformowania szyku były jedną wielką kompromitacją. Przy każdym wymarszu na posiłek, jeśli ktokolwiek obserwował ten ceremoniał, nasi dowódcy świecili oczami jak solidne reflektory. Grozili piekłem i ogólną masakrą, a mimo to nadal panował kompletny chaos. Zasadniczo mogliby stwierdzić, że trafił się wyjątkowo tępy "turnus", ale ta hipoteza w połowie 'unitarki' upadła. Kapral, z którym nie lubiliśmy się serdecznie od dnia poboru, miał ambicję i talent instruktora. Wynegocjował legalizację trzygodzinnych zajęć popołudniowych. I w te trzy godziny 6 bateria SMS opanowała szuranie i tupanie w stopniu co najmniej przyzwoitym. Oto, ile znaczy autorytet. Bo kapral, zwany Kibicem, hyr w oczach wojska miał nieprzeciętny. Chwalił się, że jest pseudokibicem kochającym wszelkie zadymy a do wojska uciekł przez zapuszkowaniem. Na szkoleniu podoficerskim przeszedł kurs Combata i niekiedy popisywał się całkiem efektownymi technikami, któregoś razu np. wykonując szybki a groźny ruch łokciem złożył mi propozycję nie do odrzucenia: "No jak, Szopen, przykombatujemy w masło?!". Jakoś pod koniec szkolenia nieporozumienie częściowo załagodziliśmy. Wyjaśnił, że najbardziej wkurza go fakt, że często nie reaguję na polecenia. Cóż. Poziom hałasu w koszarach, zwłaszcza przy okazji zbiórek i innych wydarzeń, jest całkiem wysoki. Przy tym poziomie szumu słyszę, że ktoś coś krzyczy, nawet poznam po głosie, kto, wychwycę intonację. Ale o zrozumieniu tego krzyku i mowy nie ma. Więc faktycznie, można mówić do mnie jak do ściany. Kibic, który swego czasu usiłował zabić mnie wzrokiem, wyjaśnienia przyjął i animozje prawie że zanikły. Zaniknąć całkiem nie mogły, bo mój status na pododdziale stał się w międzyczasie cokolwiek rozmyty, ale o tym w następnym odcinku. Druga połowa przeszkolenia podstawowego to intensywne treningi musztry przed przysięgą. O ile przy normalnym marszu słyszalne w promieniu kilometra kroki defiladowe wybija się trzy, o tyle w trakcie tej uroczystości pokonuje się w ten sposób około stu metrów. To jest najważniejsze sto metrów marszu w trakcie rocznej służby, bo jakakolwiek wpadka podczas przysięgi, a już zwłaszcza podczas defilady, to dla komendanta szkoły astronomiczna kompromitacja. Ostatni tydzień przed przysięgą to już tylko jedno wielkie tupanie z sążnistym wymachem, najcięższy sprawdzian wytrzymałości butów i stóp. Moja lewa stopa tego sprawdzianu nie zdała, odzywając się przy każdej próbie wykonania defiladowego tupa paskudnym, ostrym bólem. Lekarz stwierdził przeciążenie śródstopia i zaordynował miesiąc przerwy w musztrze. Kaprale mało mnie nie zeżarli. Kadra nie narzekała, bo popołudniami pisałem swojemu dowódcy plutonu prace, m.in. projekt The Dark Pinokio, czyli zaliczeniową scenerię w VRMLu przedstawiającą krąg ośmiu czerwonookich Pinokiów stojących w 'cloning vats', a pośród nich jednego wielkiego, supermrocznego Pinokia, który obracał się do krążącej wokół pomieszczenia kamery a jego zbiornik aż się zamglił od jego mhrrroczności. Na dzień przysięgi przyobiecano mi wyjątkowo urozmaicony program rejonów porządkowych, a w międzyczasie przekwalifikowano mnie na dodatkowego pisarza baterii. Czułem się trochę jak niegrzeczne dziecko w podstawówce. W ostatnim tygodniu przed przysięgą żołnierze codziennie zaliczają szkolenie z chwytów bronią. I nie chodzi o chwyty w rodzaju 'kolbą po zębach', tylko o ładne przerzucanie karabinka z pleców na klatę bądź do prezentacji czy inne dziwne figury. Oznacza to codzienne wydawanie z magazynu broni 150 karabinków. Wydanie i zdanie każdego z nich musi zostać udokumentowane w odpowiedniej książeczce. W efekcie codziennie dostawałem polecenie "a teraz napiszesz 150 razy <<7,62mm kbk AKMS>>". Ostatecznie plany na dzień przysięgi wyszły mocno okrojone. Bo w tym samym dniu zarządzono kolejne wcielenie i tradycyjnie potrzebne było wsparcie. Jako średnio użytecznego kalekę oddelegowano mnie na wcielenie, gdzie - jak się okazało na miejscu - potrzebowali na gwałt dwóch żołnierzy, w tym jednego obeznanego z komputerem. Dane do systemu ewidencji wklepywałem może kwadrans, z silnym uczuciem, że jestem obserwowany. Nagle a znienacka wezwali mnie do swego stanowiska trzej zawodowi, kapitan i dwóch chorążych. - Znasz się na komputerach? - spytał kapitan. - Tajes! - A na klawiaturze szybko piszesz? - tym razem włączył się chorąży z czarnym wąsikiem. Wyszczerzyłem zęby i wskazałem głową miejsce, na którym przed chwilą siedziałem - Jak widać, panie chorąży. - No to zaraz będziesz miał okazję pokazać, co potrafisz. - odparł chorąży Wąsik i zaprowadził mnie do sztabu, gdzie trzeba było zapisać w konfuterze podstawowe dane kilkuset żołnierzy, wyjeżdżających właśnie na swą pierwszą przepustkę. Zrobiłem to w jakąś godzinę, a że nie znałem programu, w którym przyszło mi pracować, "zgubiłem" te dane i po krótkim dedukaniu wpisałem je od nowa. Chorąży pomruczał z uznaniem, zapowiedział, że ma dla mnie zajęcie i mam się stawić do pomocy, gdy wrócę z przysięgowej przepustki. Intuicja słusznie podpowiadała mi, że właśnie trafiła mi się szansa na niestandardową służbę. Tymczasem wróciłem na pododdział, wpadając po drodze "swoich" gości. Radochę w dniu przysięgi miałem taką, że za groma nie pamiętam, kogo spotykałem w jakiej kolejności. Nawet ogólnej chronologii zdarzeń do końca pewien nie jestem. Film został pocięty i sklejony przypadkowo. Moja luba pojawiła się chyba jeszcze zanim przesłano mnie do pomocy przy wcieleniu. Było to dość intensywne przeżycie, bo jakoś w trakcie zamiatania korytarza Kibic poinformował mnie, że mam gościa. Potem zobaczyłem, który to i dość długie schodki prowadzące do przedsionka bloku pokonałem jednym krokiem, mężnie powstrzymując wycie. Bo wylądowałem oczywiście na zepsutej stopie. Ogólnie dziewczyna okazała się obrotna, bo gdy zaczęliśmy się wszyscy zbierać do wyjazdu, jak gdyby nigdy nic zwiedzała sobie pododdział, a nawet popilnowała rzeczy kolegi, który nie zdołał się zebrać w jednej turze. Przechodzący obok Kibic spojrzał na nią pustym wzrokiem, potrząsnął głową i poszedł dalej. Cóż, dziewczęta i do tego cywilne, to w koszarach raczej rzadki widok. Tak rzadki, że napotkany ulega natychmiastowemu wyparciu. Ostatnia zbiórka, połączona z wydawaniem przepustek, była już zupełną parodią. Ola, bo tak się moje kochanie zwało (znaczy się zwie nadal, ale już nie moje kochanie), zauważyła, że gdy bywała na koloniach, dzieci na zbiórce zachowywały się w sposób o wielce bardziej zdyscyplinowany, nie było szurania, gadania, wychylania z szeregu, żeby lepiej widzieć, jak sprawnie idzie wydawanie upragnionego dokumentu. Delegacja moich gości była całkiem liczna i kompletnie sfeminizowana. Z rodziny mama i dwie siostry, poza tym Ola z mamą i siostrą, plus, last but not least, Haruś z mężem. Haruś mimo mrozu przybyła w niezbyt długiej spódniczce i seksi rajstopkach, toteż Ola zgrzytała zębami bardzo intensywnie, iskry nieomal krzesząc. Isu, czyli Harusi mąż, jako starszy i doświadczeńszy nie dopatrywał się w tym nic zdrożnego. Ale tylko i wyłącznie on, cała reszta pań była absolutnie zgorszona, bo przecież to oczywiste, że ten strój był dla mnie. Nonsens o tyle, że Haruś zna mnie właściwie na wylot i prawdopodobnie przewidziała, że jeśli cokolwiek w tym spotkaniu i wspólnej podróży będzie nieprzyzwoite, to moje hipnotyczne skoncentrowanie się na dziewczęciu, z całkowitym wyłączeniem reszty świata. A efektownie się ubierać lubiła zawsze, he, he. Na siostrach i mamusi poza strojem Haruś największe wrażenie zrobiła scenka, którą uznały za fatalny omen w temacie mojej przyszłości z Olą. Otóż moja niedoszła teściowa wyjęła swoim córkom do zjedzenia gruszkę, którą wstępnie obrała i pokrajała. Ola najbardziej zeźliła się, gdy w trójkę z Haruś i Isu(9660, jej mężem) wyszliśmy na faja i ploty. Jak to tak można, plotkować z byłą, gdy tuż obok jest... eeee, aktualna. '^_^; Wyjazd poprzysięgowy spędziłem bardzo, ale to bardzo nietypowo. Zwykle żołnierz przez te dwa wolne dni właściwie nie trzeźwieje, z jednej imprezy na drugą jest przenoszony przez kolegów, wraca pociągiem pijany w sztok i dalej pijąc tudzież robiąc w wagonach armageddon, a pierwszego dnia po powrocie walczy głównie z kacem. A ja od początku do końca pobytu na Mazowszu byłem pijany wyłącznie miłością tudzież szczęściem niezmiernym, jedno czy dwa piwa wypiłem w pociągu powrotnym, bo nieszczęśliwie trafiłem na ludzi z SMS, a pierwszego dnia po powrocie byłem właściwie nieobecny duchem, łaziłem tylko tam gdzie kazali z błyszczącymi ślepiami i śmiejącą się gębą, na co cierpiący katusze tupotu białych mew koledzy patrzyli ze zdumieniem. Ci, którzy mieszkali ze mną w jednej sali, dziwili się mniej, bo i poznać zdążyliśmy się lepiej. Stwierdzili swego czasu, że jestem Wierny Janek, więc taka reakcja na dwa dni z dziewczyną to może nieczęste, ale przewidywalne. Nie zepsuła mi humoru nawet poranna kuracja przeciwkacowa, czyli dwie godziny musztry na dwudziesto chyba stopniowym mrozie. Oczywiście i tym razem 6 bateria dostała taryfę ulgową. Miejsce zajęć wyznaczono nam tak, że nie mógł nas widzieć oficer dyżurny, więc jakąś godzinę wcześniej niż reszta kuracjuszy, chyłkiem, cicho, świńskim truchtem wróciliśmy na pododdział. A już następnego dnia w mojej wojskowej karierze rozpoczął się nowy rozdział.
|