![]() |
| Strona główna |
Autobiografia w odłamkach: 3.1. Skąd ty się wziąłeś w wojsku?!
Na jesieni 2000 roku podjąłem z pomocą dzielnicowego męską decyzję o ostatecznym rozwiązaniu kwestii wojskowej. Odwalić swoje i mieć z głowy. Zwłaszcza, że prospekt odsiedzenia dwóch czy ilu tam lat w pierdlu za uchylanie się jakoś tak słabo mnie pociągał. Pierwszy szok w związku z tą decyzją przeżyła obsługa WKU W-wa Ochota. Najpierw wielkie oczy zrobił siedzący na 'recepcji' podoficer dyżurny. Bo nikt zdrowy na umyśle nie przychodzi na WKU nie doprowadzony przez policję lub chociaż pisemnie wezwany. A tu proszę, ochotnik. Potem w głowę zachodziły trepy zajmujące się poborem, bo stawiłem się w czasie zupełnie dla nich abstrakcyjnym, gdzieś w połowie między kolejnymi turami poboru. I nie bardzo wiedzieli, co ze mną zrobić, choć na pewno wiedzieli, że wcielać trzeba na gwałt, bo znowu gdzieś zaginie i przez następny rok dzielnicowy zamknięte drzwi będzie cmoktał.
- A prawo jazdy pan ma? - Nie. - Hmmmm, nie no, to na jesień pana nie upchniemy. Prawie się spłakałem, słysząc, jaki nieużyteczny jestem. Ostatecznie upchnęli mnie na początek stycznia, tak, żebym na Wiliję roku 2001 nie musiał już urlopu brać. Drugi szok przeżyła znakomita większość rodziny. Z wyjątkiem tatusia, który przyklasnął mi, zadowolony, że synek wreszcie mężnieje i twardym wzrokiem życiu w ślepia zajrzał. Niemal dokładnie odwrotną reakcję wykazała mama, która z nerwów nieomal wyszła z siebie i stanęła obok. Miała niezły przykład, co się może z człowiekiem w wojsku dziać, bo dopiero co zakończył bardzo burzliwą służbę zasadniczą mój kuzyn. W jej trakcie uciekał do domu kilkakrotnie i do jednostki dowoziła go z powrotem w bransoletkach jeśli nie żandarmeria, to policja. "Chodzi żandarmeeeeria koło mego doooomu, długo nie pochooodzi, bo ja tu nie mieszkam!" Kuzyn niestety słabo przyswoił sobie tę klasyczną wojskową piosenkę, bo w domu pomieszkiwał często, a i adres dziewczyny udało się czerwonym berecikom ustalić. Ciął się w koszarach chyba kilkanaście razy i ogólnie strasznie na głowę mu biło. Osobiście wolałem myśleć o służbie drugiego kuzyna, który owszem schudł, ale też żadnych zaburzeń psychicznych w trakcie ani potem nie przejawiał. I ten argument przynajmniej pozornie do mojej rodzicielki dotarł. Być może skuteczniej dotarł fakt, że sam się wojska nie bałem i starałem się to okazywać. Ostatecznie dnia 4.I.2001, podbudowany wstępnie przez rodzinę i dokładnie a skutecznie przez swą lubą, ruszyłem dziarski i gotowy do Koszalina, aby bronić ojczystego nieba przed wrażymi samolotami i UFO. Do UFO jeszcze wrócę. Na stacji docelowej nie zauważyłem czekającej na świeże mięsko ekipy z jednostki, więc w efekcie zamiast busem do koszar dotarłem pieszo, zaopatrzywszy się przezornie w plan miasta. Podejrzewam, że już te pierwsze kroki były pierwszą na mój temat wskazówką dla kadry szkoleniowej. I chyba niezbyt dla mnie korzystną, przynajmniej jako żołnierza. A nieważne. W trakcie spaceru stopniowo narastał we mnie lekki niepokój i zaczęła się gonitwa pytań z gatunku "co mnie tu czeka?". Przez biuro przepustek przechodziłem już z uczuciem lekkiego mrowienia w podeszwach. Na miejscu zastałem tłum rekrutów, w większości jeszcze chyba bardziej zestresowanych. Zaczęły się formalności, do chwalebnej kategorii A dopisano mi 5 paragrafów, a ktoś przytomny zrobił wielkie oczy, że WKU wysłało mnie do Szkoły Młodszych Specjalistów zamiast do Szkoły Podoficerów Służby Zasadniczej. Podobno po technikum trafia się tam automatycznie, ale kto wie, może jakiś Ostry Drzoł postanowił mi wymierzyć tą metodą karę za opóźnienie i kilkakrotnie deklarowaną głęboką niechęć do instytucji militarnych. Po trudach rejestracji zaprowadzono nas (czyli przydzieloną do 6 baterii SMS grupę "wystraszonych") na stołówkę, na nasze pierwsze wojskowe śniadanie. - Zobaczycie, że u nas to się porządnie karmi. Fakt, prosto a skutecznie, bo po roku okazało się, że przytyłem 7kg. Kolejnym etapem był przydział sortów mundurowych i tu zarobiłem kolejne minusy. Najpierw za nic nie chciałem rozstać się z moimi cywilnymi slipami. Nic z tego. Jak się potem okazało, nie miałem żadnej szansy ich przemycić, bo noszenie cywilnej bielizny jest falowym przywilejem żołnierza z odpowiednim stażem. Potem wykazałem się zadziornością, bo gdy kapral rzucił mi tenisówki na WF, które okazały się niestety za małe, zamiast grzecznie je do niego przynieść, odrzuciłem mu je. Po sekundzie robiłem wiedźmiński unik, bo nowe tenisówki poleciały w moją stronę z prędkością wystarczającą do wybicia zębów. Kapral poczęstował mnie przy tym po raz pierwszy swym sławnym już w szkółce spojrzeniem pt. "za chwilę zjem ci serce i każę ci na to patrzeć". Cóż. Nie ma to jak zrobić dobre wrażenie na dzień dobry. Jak się potem okazało, miałem pecha, bo do przydziału bielizny i innych dupereli wydelegowano kaprali z "mojej" baterii. Shit happens. Przebieranie się w mundur okazało się być pierwszym sprawdzianem predyspozycji do działania grupowego. Bo mundur polowy WP został zaprojektowany cokolwiek postmodernistycznie. Jeśli autor miał jakiś cel, to z pewnością nie chodziło o to, żeby ubiór był praktyczny, zwłaszcza za pierwszym razem, kiedy to co chwila odkrywało się nowy guzik o tajemniczym przeznaczeniu, przyszyty i umieszczony w sposób znakomicie utrudniający nałożenie uniformu. W efekcie ubieraliśmy się nawzajem i tylko dzięki temu zmieściliśmy się w przewidzianym czasie. Tak, tak, nawet wcielenie ma określony harmonogram czasowy. Nie mam pojęcia, co spotyka rekruta, który w tym czasie zamarudzi. Może zostaje uznany za niepełnosprawnego i skierowany na poprawkową komisję wojskową z adnotacją "nie potrafi się ubrać"? Ostrzyżono nas na modę militarną, z całkiem gołym karkiem. Większość "chętnych" życzyła sobie strzyżenia na zero, zgodnie z aktualnymi trendami trzypaskowej mody. Po raz kolejny wyłamałem się ze standardu, życząc sobie zachowania włosów tak długich, jak to tylko możliwe. Moje dwa lata hodowane sprężynki i broda a'la krasnal Hałabała odeszły w niebyt, ale że mój cywilny wygląd widziało kilku ludzi przydzielonych na ten sam pododdział, do końca szkolenia podstawowego została mi ksywka "Szopen". Nasze cywilne rzeczy zostały ostatecznie zaplombowane w solidnych worach z grubego plastyku i przeniesione do depozytu. Przez najbliższych kilka dni mieliśmy w ogóle nie mieć do nich dostępu. Oficjalnie tłumaczono to zapewne odpowiednimi odsetkami prób ucieczki w kolejnych dniach służby, nieoficjalnie musiało chodzić o zapewnienie naszym pierwszym dniom w służbie Ojczyzny odpowiedniego poziomu hardcore'owości. Matuś Armia obdarowała nas ręczniczkami - przez miesiąc używałem jednego małego ręcznika typu szmatka do zadań, które dotychczas wg mnie wymagały użycia trzech, w tym jednego kąpielowego. I pastą do butów. Już pierwszego dnia starsi szeregowi ostrzegli nas żeby za wszelką cenę nie dopuścić do zetknięcia się tej pasty z naszymi butami. Przez pierwsze dni i tak ładnie błyszczały, wystarczyło polerować. Ekskluzywna pasta Standard Polish Army Issue Shoe Polish w późniejszym czasie okazała się całkiem przydatna. Do czernienia zelówek. I wyposażyła nas armia w krem do golenia i maszynki jednorazowe. Przez pierwszych kilka dni wszyscy rekruci wyglądali jak po spotkaniu z bardzo agresywnym kotem, a nasze ręczniczki - jak bandaże z polowego szpitala, gdzie właśnie zwieziono pluton spod gęstego ostrzału artyleryjskiego. Dopatrywaliśmy się w nich motywów patriotycznych, bo w końcu płótno na poły białe a na poły czerwone to prawie jak flaga narodowa. Pierwszy dzień służby był straszny ze względu na wszechogarniającą nudę. Zapoznałem się z ludźmi, z którymi miałem spędzać 24 godziny na dobę przez następny miesiąc i odetchnąłem z ulgą. Na sześciu żołnierzy w sali nie przypadł ani jeden kompletny cham, idiota czy inny dziwoląg. Niestety, w armii takie typy są na porządku dziennym. Poza tym nie działo się kompletnie nic, nie licząc pobieżnego zapoznania się z kolegami z sali obok, cokolwiek na partyzanta, bo kto wie, może w salach odwiedzać się wzajem nie wolno, zresztą żaden powód nie jest zły, gdy chce się pojeździć po rekrucie. I to był błąd w rozumowaniu, jako że pierwsze trzy dni służby, to tzw. ochronka, kiedy to obowiązuje taryfa ulgowa i jest czas na wstępną aklimatyzację. I najwyższe statystyki samobójstw, ucieczek i innych czynów desperackich. Nudziliśmy się tego pierwszego dnia potwornie, padały wręcz pobożne życzenia w rodzaju "no niech ktoś tu wpadnie i nas przejebie*, ale niechże się dzieje cokolwiek!". Ostatecznie po kolacji pokładliśmy się spać, improwizując sobie posłania z kocy. "I tym sposobem pierwszy dzień minął". *) przejebać – tu: przeprowadzić regulaminowe szkolenie o czasie trwania i intensywności wystarczającej, żeby żołnierzom wszelkie głupie myśli wytrzęsło z głowy przynajmniej na kilkanaście godzin
|