![]() |
| Strona główna |
Autobiografia w odłamkach: 1a. Eskapizm - uzupełnienie
Po dwukrotnym dziugu w żebro postanowiłem jednak kontynuować temat eskapizmu.
Skłonność do konfrontacji, zadziorność i tym podobne swoją drogą, a nieprzeparta chęć ucieczki przed tym i owym swoją. Inna rzecz, że te ucieczki w czasach szczenięcych możnaby też podciągnąć pod chadzanie własnymi ścieżkami, podczas gdy później już się tak powiedzieć nie dało. Co się najbardziej zmieniło w procesie dojrzewania? Chyba podkład emocjonalny. Bo "za szczeniaka" do głównych motorów mojego działania należał strach. Taki niskopoziomowy, przed bólem na przykład. Ale potem był szpital i seria nocy nieprzespanych z bólu właśnie, bo podobno bez nadmiernego znieczulania lepiej się goi. Zaraz, czy ja już o tym nie pisałem? Potem strach zmienił źródło i zarazem zredukował się jego bezpośredni wpływ na podejmowane przeze mnie decyzje. No dobrze, miało być o uciekaniu. Kiedy przerosła mnie zależność od starego ojca (wszystko przez mieszkanie, sitwak), uciekłem "z domu". Przeprowadziłem się na Mokotów, do tzw. Terrarium, które już wkrótce stało się miejscem-symbolem. Bo trzon składu mieszkańców stanowiło dwóch ciężko dotkniętych na rozumie facetów, dla których sprawy takie, jak dbanie o miejsce zamieszkania, były zupełną abstrakcją. Z perspektywy czasu akurat ta ucieczka wydaje mi się wyjątkowo chybionym pomysłem. Z jednej strony niedogodność w postaci tatusia znikła, ale za to moje schizy i doły mogły się rozwijać niczym już nie krępowane. A przy okazji zaczęły się mnożyć kolejne powody do uciekania. Głównie natury, hmmm, wewnętrznej i w większości powiązane mocno z dziewczętami. Przybywało tego stopniowo, a ja uciekałem coraz dalej, nie bez wydatnej pomocy swojego pierwszego komputera. Zaczęły się nawet pojawiać na ścianie wybitnie mhrrroczne teksty (np. "kocham śmierć, bo tylko ona na mnie czeka") zapisane supertajnym skryptem, który dość szybko został odcyfrowany przez współlokatora. W okolicach świąt wielkanocnych roku 1998 zabrakło pola manewru ("nie ma już dokąd spierdalać", jak to rzekł mężny marszałek Menno Coehoorn) i postanowiłem uciec tam, gdzie nic i nikt nie może już uciekiniera dogonić. Zostały paskudne szramy na lewym nadgarstku i tona wstydu do przełknięcia. Z częścią problemów, które mnie tam zapędziły, poradziłem sobie przez konfrontację. Inne nie dały się zbyć tak łatwo, ale za to powiązane były z moim warszawskim towarzystwem. Uciekłem więc do Poznania, na Politechnikę. Zamieszkałem w akademiku, o rzut beretem mając studiującą na tym samym wydziale, starszą sis. I wydawałoby się, że problemy emocjonalne zostawiłem za sobą. Tak przynajmniej chciałem się łudzić. Numer polega na tym, że największe szkody zawsze wyrządzałem sobie sam, otoczenie mogło być tylko pewnym ułatwieniem w tej jakże roztropnej działalności. Jeden problem znalazłem sobie sam, reszta dołączyła w krótkim czasie. Wystarczyło, żeby z powrotem przestawić mnie w tryb półroślinki, nie nadającej się do normalnego życia. Z Poznania też zacząłem uciekać, do Trójmiasta. Tam na dokładkę znalazłem jeszcze jeden potencjalny problem poważny i kilka pobocznych. Żeby zbyt nudno nie było, zapewne. Ostatecznie zakończyć ten etap ucieczki pomógł mi tatuś, a nawet nie tyle on, co jego obecna żona. Mając orientację w mojej kiepskiej sytuacji w Poznaniu, zastosowała subtelny jak strażacki toporek szantaż emocjonalny i syn marnotrawny powrócił do domu. Tym sposobem zmarnowałem jedną z największych szans, jaką los raczył mi pod nos podsunąć. Reszta roku '99 upłynęła pod znakiem ucieczek na północ, przed nicością totalną a pustką ziejącą ze wszystkich kątów. W trakcie tych ucieczek trafiłem wreszcie na pewien punkt zaczepienia, coś, co pozwoliłoby jakoś tę pustkę zapełnić. Nie no, w sumie to nie coś, tylko kogoś. O, przyznać trzeba, że jeśli któryś rok swojego życia miałbym typować na najlepszy, najszczęśliwszy czy jak tam go zwać, to bez wątpienia byłby to rok 2000, w którym wydawało mi się, ze podjąłem pierwszą próbę konfrontacji ze swoim życiem i osobą. W ramach nieporywania się na zadania zbyt trudne, całkowicie roztopiłem się w swojej lubej, świata poza nią nie widząc. Czyli z aktualnego punktu widzenia to też była ucieczka, choć przyznać trzeba, że owym razem miejsce uchodźctwa wybrałem całkiem nieźle. Dużo lepiej niż inne miasto czy zakończenie egzystencji. Cóż, na jesieni 2000 to skrzętnie unikane życie ze swoimi przyziemnymi sprawami wreszcie mnie dopadło, pod postacią dzielnicowego, pragnącego ustalić miejsce mojego pobytu na prośbę Wojskowej Komendy Uzupełnień. Ostatecznie zdecydowałem, że wstyd byłoby zostać doprowadzonym na WKU przez policję, więc wybrałem się tam sam, z twardą decyzją, żeby przykry ustawowy obowiązek mieć jak najszybciej za sobą. O wojsku będzie w innym rozdziale, tymczasem dodam tylko, że nawet ta decyzja, którą uważałem swego czasu za kolejną, bodaj czy nie największą, konfrontację z rzeczywistością i przejaw nieprzeciętnej odwagi, dziś też po części wydaje mi się być rodzajem ucieczki - przed pewną odpowiedzialnością za własne życie, przed koniecznością dokonania w nim sporej reorganizacji, gdy nie czułem się jeszcze na siłach jej dokonać. Sprawy, od których w mundurze miałem spokój, wróciły po zakończeniu służby ze zdwojoną siłą. A nie łudźmy się, nie ma chyba człowieka, którego wojsko nie odmienia. Mnie odmieniło na przynajmniej dwa różne sposoby. Między innymi jeszcze większej atrofii uległa moja zdolność podejmowania samodzielnych decyzji i własnoręcznego dbania o swoje sprawy. Jednocześnie psujący się już prawie od roku azyl stał się kolejnym poważnym problemem. Wkrótce urósł do rangi najpoważniejszego, bo przecież sprawy tak nieciekawe i bezbarwne, jak leżące odłogiem przerwane studia czy czwarty miesiąc na bezrobociu, miały u mnie priorytet co najmniej drugorzędny. I w końcu znowu uciekłem, tym razem znowuż nie zmieniając rodzaju azylu. Od jednej dziewczyny do drugiej. Cóż, nie było to zbyt oryginale, ale powiedzmy, że na sam fakt podjęcia takiej decyzji ostatecznie udzieliłem sobie "absolucji" ;-) Styl jej realizacji do tej pory przyprawia mnie o ból zębów. Inna rzecz, że na tym kolejnym etapie stopniowe przemiany mojej osobowości zaczęły wreszcie słuchać podstawowych reguł ewolucji i prowadzić w stronę czegoś zdatnego do przetrwania. A przez cały ten czas, równolegle, uciekałem też przed jeszcze jedną odpowiedzialnością. Z tym, że to były naprzemienne ucieczki i powroty, dość toporne próby naprawienia wyrządzonych szkód i zaraz potem kolejne fatalne wpadki. A mowa o odpowiedzialności i zobowiązaniach wynikających z przyjaźni. Bo człowiek, który coś lub kogoś oswoił, staje się za oswojoną istotę odpowiedzialny do końca życia. W końcu uciekłem o jeden raz za dużo i spora część odpowiedzialności została ze mnie zdjęta. Nie wiem, czy więcej niż raz lub dwa w swoim życiu odniosłem z własnej winy porównywalną stratę. Jak widać na załączonym obrazku, ucieczka kiepską taktyką jest, więc "don't try this at home". Szkurde, ależ mi się na rozliczenia zebrało @_@; P.S. A wczoraj widziałem najpiękniejszą tęczę ever. Ta pokręcona pogoda ma jednak jakieś zalety :-)
|