![]() |
| Strona główna |
Autobiografia w odłamkach: 2. Gdzie ty masz głowę?
Zaraz, o czym to ja miałem... jakoś mi z głowy wyleciało... aha. Miało być o roztrzepaniu.
Wielu ludzi nie jest roztrzepanych w stopniu choćby minimalnym, więcej wykazuje się tym niekiedy, zaś nieliczni wybrańcy wykazują roztrzepanie ekstremalne, sugerujące ewentualnym obserwatorom, że kontakt delikwenta z otaczającą go rzeczywistością jest raczej słaby. Bo czy można... no właśnie. Ta notka będzie natury zdecydowanie anegdotycznej, coś w rodzaju "do czego zdolny jest nietomny Uriel". Nietomny jestem prawie zawsze, ale to już niestotny strzegół. Pierwsze objawy mojej stałej duchowej nieobecności wykazałem w podstawówce. Przynajmniej takie, o których, głównie dzięki częstemu przypominaniu, pamiętam. Lekcje WF-u były dla mojej mamusi koszmarem. _Moje_ lekcje, oczywiście. Bo to, w których spodniach czy koszuli przyszedłem, a w których wychodzę, nie było dla mnie sprawą wysokiej wagi. Zasadniczo w ogóle nie dostrzegałem takiej sprawy i zdarzyło się, że przyprawiłem swoją rodzicielkę o ciężki ból głowy, gdy wróciłem do domu ubrany podobnie, jak przy wychodzeniu. Ale tylko podobnie. Koledzy w klasie mieli kontakt z przyziemną rzeczywistością o wiele lepszy, więc szczęśliwy znalazca nowej koszuli i sztruksów bynajmniej się nie zgłosił. Kapcie i juniorki to mi chyba kilka razy gdzieś żarło. Dużo, dużo później zacząłem sięgać szczytów, choć mam wrażenie, że ukoronowanie mojej kariery jeszcze nie nadeszło. Kilka lat temu wszedłem w posiadanie stareńkiego, acz dziarskiego komputerka P120. Komputerek ogólnie był chętny do współpracy, ale czegoś mi w sprzętowym wykształceniu jeszcze wówczas brakowało. Nie mogąc dojść ze swym nabytkiem do ładu, postanowiłem zabrać go ze sobą do pracy. Poszedłem z pudłem na przystanek i w autobusie postawiłem tuż przy sobie, aby na oku skarb swój mieć, bo jeszcze ktoś szypppki ukradnie. Nic takiego się nie stało. Przy dworcu centralnym miałem zwyczajową przesiadkę. Gdy autobus ruszył z przystanku, odniosłem dziwne wrażenie, że wsiadając do niego miałem ze sobą więcej niż mam teraz. Dwie sekundy później gnałem sprintem po asfalcie. Nie wiem, czy kierowca widział mnie w lusterku, a już z pewnością nie wydaje mi się, żeby z takiego tylko powodu (idiota biegnący za busem) chciał się zatrzymywać. Przy Emilii Plater trafiły się czerwone światła. Dogoniłem, dopadłem drzwi przy kierowcy i zacząłem w nie bardzo intensywnie łomotać. Pomogło. Podobno głupiemu zawsze szczęście sprzyja. Dogoniłem też kiedyś pociąg. Wysiadając na Śródmieściu, coby odwiedzić lubą swą, pominąłem pewien drobny, nie rzucający się w oczy szczegół. Mój plecak. Z dokumentami i nie tylko. Niewiele myśląc, wskoczyłem w następny pociąg na wschód. Oczywiście trafiłem na kontrolę Renomy. "- Pański bilet? - Właśnie go gonię." Pan z Renomy uwierzył bez dalszych pytań, może po prostu wyglądam na takiego, co może gonić swój bilet. I dogoniłem. Ciapąg, w którym został mój bagaż, szczęśliwie kończył bieg na stacji W-wa Wschodnia, a co za tym idzie, zjechał na tor postojowy przed powrotem na Mazowsze Zachodnie. Okazało się, że plecak znalazła obsługa pociągu. Podpytali kto, porównali z danymi w dokumentach, kazali bardziej uważać i ostatecznie pożegnaliśmy się w miłej, koleżeńskiej atmosferze. Koleżeńskiej, bo chodziłem jeszcze wtedy do Technikum Kolejowego. Innym razem pociągu nie dogoniłem i od tej pory nie mam już radiomagnetofonu marki Hitachi. Kiedy jeszcze nie miałem buraka i ogólnie kontakt ze mną nawiązać bynajmniej nie było łatwo, powstała idea Zrzutkowego Buraka Dla Seiyi, którego jedną z cech charakterystycznych miał być solidny, mocny łańcuch. Bo inaczej na pewno zgubi. Ostatnio giną mi rzeczy niewielkie, ale za to często bardzo ważne. Jakiś rok temu, gdy zajechaliśmy z Tadziem na Włochy, okazało się, że klucze do mieszkania zostały tam, skąd przyjechaliśmy, czyli na wsi odległej o jakieś 70km. Tadzio jeździł po mnie jak po łysej kobyle przez następnych kilka dni, więc i jego Bozia skarała - w trakcie kolejnego wykładu o zostawianiu kluczy zatrzasnął w samochodzie swoje. Przez kilka godzin samochodzik pracował na biegu jałowym, Tadzio wpadał na coraz to bardziej abstrakcyjne pomysły na jego zgaszenie (włącznie z próbami zatkania wydechu szmatą, jak Janek Kos), ja rechotałem. Ostatecznie wspomogła nas zepsuta tylna szyba, która dała się otworzyć ręką. Później swój klucz do bramy wjazdowej wrzucił przypadkiem gdzieś w przepastne głębie karoserii swojego Jaka i od tej pory zanim coś powie o moim roztrzepaniu, dwa razy się zastanawia. Co ciekawe, dopóki nie decyduję się na jakąś rewolucję, na kompie nie ginie mi nic. Gdzie jak gdzie, ale na swoim dysku trzymam nienajgorszy porządek. Ale gdy dzieje się za dużo naraz, to wyniki są takie jak choćby niedawna utrata wszystkich kontaktów gg. Innymi słowy, gdy jestem w pobliżu, aktualny wpółczynnik ogólnego chaosu należy pomnożyć przez dwa. Przynajmniej.
|