Strona główna Autobiografia w odłamkach: 1.Eskapizm
Sięgając pamięcia wstecz widzę się przede wszystkim jako dziecko, a potem człowieka bez przerwy przed czymś uciekającego. Czasami w bardzo dosłownym sensie.
Kiedy jeszcze zakup towarów pierwszej potrzeby stanowił poważny problem, mamusia zabierała mnie ze sobą na zakupy, niewystarczająco być może świadoma faktu, że dwie godziny w kolejce dla 6-7-letniego dziecka to jeden z gorszych koszmarów. A, może po prostu bała się zostawić mnie samego albo tylko ze starszą sis w domu. Byłem dzieckiem bardzo kreatywnym (chyba nawet jak na dziecko), więc nie powinienem chyba jej się dziwić.
Wytrzymałem może 45 minut. Następny kwadrans zajęło mi intensywne rozmyślanie nad sposobem urwania się. Wreszcie stwierdziłem, że chcę siusiu. Nawet nie kłamałem, takie dobre ze mnie dziecko było, he - he. A potem wsiadłem w autobus i wróciłem do domu. No, nie całkiem, trochę jeszcze powłóczyłem się po parku. Właściwie to wydawało mi się, że trochę, bo gdy wróciłem, okazało się, że wszyscy są już w domu, szuka mnie milicja, mama jest zdenerwowana do granic przytomności, a tatko żelazną tylko siłą woli powstrzymuje chęć sięgnięcia po pasek albo inne narzędzie wychowania zdecydowanie innego niż bezstresowe.
No cóż, faktem jest, że w wieku lat kilku zdolność do przewidzenia konsekwencji swoich wybryków miałem... ehem, średnią.
Podobno urywać się zacząłem już jako trzylatek. Nie raz już słuchałem opowieści, jak to zniknąłem nagle a niespodziewanie gdzieś w okolicach Złotej i Żelaznej, szukano mnie w pocie czoła i z twarzami pobladłymi, aż ktoś domyślny wpadł na pomysł, żeby wrócić w okolice sklepu, przy którym ostatnio mnie widziano, i popatrzeć uważnie. Okazało się, że siedzę za kierownicą taksówki, zdążyłem się już zapoznać z właścicielem i warczę zawzięcie, kręcąc kółkiem. Szczęśliwie pan taksówkarz nie był miłośnikiem mocno nieletnich chłopców ani żadnym innym psychopatą, więc skończyło się na strachu.
Z reputacją tak już jest, że gdy się raz przyczepi, to potem ciężko cokolwiek komuś wytłumaczyć. Trochę później wakacje spędzałem z rodziną na Dolnym Śląsku (Marciszów konkretnie). Lat miałem wtedy siedem albo osiem. Dużo kąpieli w Bobrze, jeżdżenia po okolicy (tak, tak, na basztę zamku w Bolkowie drapałem się jeszcze na wiele lat zanim ktoś pomyślał o organizowaniu tam jakichkolwiek imprez, hłe hłe), a skoro po okolicy to i do Jeleniej Góry. Czy wizyta w mieście mogłaby się obyć bez zakupów, gdy w grupie są trzy panie? No dobrze, jedna pani i dwie dziewczynki, ale przecież to na jedno wychodzi, przynajmniej w kontekście fazy sklepowej. Chcąc jakoś się podlizać celem wynegocjowania powrotu do Marciszowa przez Kamienną Górę i Kowary, cierpliwie znosiłem wiek za wiekiem udręki, tortury strasznej, niczym Iksjon na rozpalonym kole, co przez eony wkrąg się obraca bez ulgi ni wytchnienia, ku bogów oszlałych zabawie podłej... e, przepraszam, dygresja mi się wkradła niewielka. Tłoczno było wtedy w Jeleniej i raz po raz traciłem zakupowiczki z oczu, ale walczyłem o pozostanie w grupie, bo jeszcze się zgubię i co wtedy... aż wreszcie sam zawiesiłem oko na jakiejś ladzie i po chwili zobaczyłem, że jestem w tłumie sam. Wyszedłem przed pawilony, po których łaziliśmy. I twardo a cierpliwie wypatrywałem reszty stada. Po jakimś czasie zrezygnowałem i zacząłem się zastanawiać nad jakimś sensownym powrotem do Marciszowa, bo oczywiście uznałem, że sobie gdzieś wszyscy poszli. I wróciłem. Pociągiem. Przez Kowary i Kamienną Górę. To był błąd, inaczej może jakoś bym się wybronił. Znowu milicja, szał i wariacja, mama blada z nerwów, krzyk płacz, armageddon. Celem uświadomienia mi wyjątkowego stopnia niestosowności mojego zachowania w ruch poszedł przedłużacz. Cóż, skutek wychowawczy był żaden, bo przecież z mojego punktu widzenia zgubiłem się w obcym mieście i zamiast dać się pożreć wilkom i innym bestiom, wróciłem do najbliższego "domu". I w nagrodę lanie - oj, pokrzywdzony czułem się wtedy straszliwie.
Uciekałem przed szkołą, zwłaszcza że jako o rok młodszy a co gorsza bez wspólnych wspomnień z przedszkola (nie chodziłem do niego po prostu) w klasie przez pierwsze trzy lata byłem ledwie tolerowany a i to nie zawsze. Pamiętam, że koleżanka z ławki miała śliczne, kolorowe przybory, w tym budzące mój zachwyt i podziw łopatki, wałeczki i inne cuda do nakładania kleju biurowego na różniste, modne wówczas z nauczaniu początkowym sklejanki, wklejanki i oklejanki. Kiedy ładnie prosiłem, żeby pozwoliła mi z nich skorzystać, usłyszałem odpowiedź, która złamała mi serce po prostu: "Nie! Ty nie byłeś z nami w przedszkolu!". Och, snif, łezka mi się w oku zakręciła. Sześć lat później zakręciłem z posiadaczką ślicznych przyborów, która w międzyczasie stała się cokolwiek bardziej otwarta na obcych, ale i tak jakoś nic z tego konkretnego nie wyszło. Bez wspólnego przedszkola ani rusz.
Oj, znowu dygresja. No więc uciekałem przed szkołą, idąc na lekcje niekiedy godzinę a potem ze strachu przed kolejną sesją wychowawczą wymyślając niestworzone historie o tym, ileż to poważnych i niezbędnych zajęć domowych nie pozwoliło mi dotrzeć na czas. No co, nie wiedziałem, że wychowawczyni akurat obserwuje mnie przez okno szkoły, podczas gdy mnie całkowicie pochłania obserwacja pracującej koparki. W ogóle to ja przez całe dzieciństwo kochałem koparki, spychacze, dźwigi, lokomotywy i ogólnie wszystko co wielkie, mechaniczne i nie do końca zrozumiałe dla kilkuletniego umysłu.
Potem w szkole jako tako się odnalazłem, zawarłem kilka przyjaźni na śmierć i życie, a nawet zacząłem sobie wyrabiać opinię nieprzeciętnego ucznia. W sumie to możnaby już było na chwilę przestać uciekać. Ale tak się przykro złożyło, że pasujący do siebie jak pięść do nosa rodzice w końcu się rozstali. Kto miał rozbitą rodzinę, ten wie, ten rozumie, ten czuje o co chodzi. I znowu ucieczki, tym razem w naukę, w książki pochłaniane w niesamowitym tempie, w podniebne zamiłowania. Ucieczki od ojca do matki i na odwrót. Ostatecznie zdecydowałem, że jednak wolę być wychowywanym przez tatusia (długo mnie przekonywał, a co ciekawe, od tego czasu przestał używać mechanicznych metod wychowawczych). W technikum powtórka z rozrywki, z tym że tam już startowałem jako potencjalny prymus. Oj, zawiść ludzka nie ma granic, zresztą wtedy to ja jakiś średnio kontaktowy byłem. Dobrze, że zorganizowano nam na wstępie zajęcia integracyjne (chyba trzeci raz już o nich piszę), przynajmniej jakoś się w większym gronie zgraliśmy. Tym niemniej było, oj było przed czym uciekać, przy czym problemy szkolne zeszły na trzeci plan.
Wtedy zaczęła się moja fascynacja fantastyką. Początek w S&F miałem górnolotny, bo zaraz po cztero(?)tomowej "Antologii Science-Fiction" złapałem się za Diunę. A potem za Moorcocka. Kompletną sagę o Elryku, Kroniki Mieczy, Gloriana i dwa tomy Hawkmoona pozostały mi na pamiątkę tych czasów. W ramach hobby patrzyłem wysoko do góry. Przy każdej możliwej okazji jeździłem na wspinaczki w Tatry, a w domu sklejałem kartonowe modele samolotów. Kilka z nich również przetrwało do dzisiaj, mimo niszczycielskich zapędów tatusia i nie tylko. Człowiek, który nie spędził kilkudziesięciu godzin nad drobnymi papierowymi detalami, szlifując tekturowe wręgi i profilując zawiłe krzywizny płatowców, nigdy nie zrozumie modelarza. Tato jakoś w ogóle średnio mnie rozumiał i rozumie nadal, choć podobno jestem taki sam jak on. Prawda, Haruś? :-PPP
Uciekałem też z kościoła. Od kiedy tatko związał się z panią o dopasowanym wreszcie do jego charakterze, byłem regularnie pędzony na msze, bo pani była wierząca i praktykująca, więc tato, choć od lat socjalista i materialista, zaczął się przekonywać. Z początku nie było w ogóle mowy nawet o tym, żebym szedł sam. Nie tylko dlatego, że dzieciak jeszcze byłem, ale poniekąd i dlatego, że pani pozująca na nową mamusię słusznie podejrzewała mnie o miłość do religii raczej mocno średnią. W końcu jakoś wynegocjowałem samodzielne wyjścia na msze. Za pierwszym razem wytrzymałem całą godzinę tego... ehem, nieważne, zaraz ktoś się znowu urażony poczuje, w każdym razie chciałem się przekonać, w jaki sposób moja obecność będzie weryfikowana. Za drugim razem zostałem już tylko do kazania, bo o jego treść mnie pytano po powrocie. Ostatecznie zostawałem tylko tyle, ile było mi trzeba do załapania, który danego dnia będzie czytany fragment ewangelii. Bo na podstawie czytań jakoś sobie prawdopodobną treść kazania dedukałem. Skuteczność okazała się być znakomita. W pozostałym mi wolnym czasie gnałem na dworzec kolejowy w Olsztynie (bo jakoś od 88-ego roku większość weekendów spędzałem z tatem właśnie tam, u jego, e, przyjaciółki), by drobne przeznaczone na tacę spożytkować w sposób znacznie ciekawszy, czyli na automatach wrzutowych. Co tu kryć, uppercuty i fatality lubiłem od szczeniaka. Katolicką celebrę zdecydowanie mniej. Tato do tej pory uważa, że bierzmowanie przyjąłem dobrowolnie. Mam przedziwne wrażenie, że chodzi o tę samą dobrowolność, o której pisał Bernard Gui, gdy określał w swym dziele co jest dobrowolnym nawróceniem i co z niego wynika.
Potem znowu zacząłem uciekać coraz dosłowniej, bo coraz dotkliwiej ciążył mi klosz stanowczo zbyt długo nade mną trzymany. Ale w międzyczasie zaczęła się też u mnie pojawiać tendencja odwrotna. Szukanie konfrontacji. Nadmiar sprzeczności dobrze na zdrowie nie robi. Ni. Teraz to już tylko od czasu do czasu przysiądę przy jakimś Diablo czy innym Falloucie bądź Hirołsach i te dwie-trzy godziny spędzane na rozgramianiu band demonów i nieumarłych w imię światła i Cini Minis musi jako azyl wystarczyć. Bo skłonność do konfrontacji wyzwoliła mnie w końcu spod uprzykrzonego klosza, zabierając w zamian czas niezbędny dla odpowiednio intensywnych i dalekich ucieczek.

Podsumowania nie będzie. Bo nie :-P
2005-05-09 17:03:56   skomentuj (32)